dwieście dwadzieścia trzy.

by narcolepsy

zatrzymałam się. jestem w jakimś martwym punkcie swojego życia. zastałam się i przymarzłam do podłogi przy minus piętnastu nad ranem. zapadam się w zaspach i mrużę oczy, by widzieć wyraźniej. nie odpalam już papierosa na ‘dzień dobry’ i na ‘dobranoc’. nie mówię do nikogo ‘dzień dobry’ i nie mówię do nikogo ‘dobranoc’. nie ubieram się ciepło dla nikogo, ale jedynie by zrobić zimie na złość. nie lepię bałwana i nie byłam na sankach, chociaż wypiłam grzańca z rumem na rynku. nie wiem, czy zarwać noc śmiechem i beztroską, czy przespać ją jakpanbógprzykazał i jakpanbógprzykazał wstać nad ranem, zjeść kanapkę, wypić herbatę, pójść do pracy i na uczelnię. lubię spać. lubię się śmiać. najlepiej śmiać się przez sen, bo przecież się zdarzało.