sto dziewięćdziesiąt dwa.
27 listopad 2009
mija pierwszy miesiąc na swoim. już miesiąc śpię na swojej drewnianej antresoli. już miesiąc schodzę na dół do łazienki. już prawie cztery tygodnie uczę się bycia samej ze sobą. w swoich kilku szarych ścianach. na swojej grafitowej podłodze i w towarzystwie kilku kolorowych akcentów. czuję się dobrze. czuję, że mam wszystko i czuję, że teraz nie ma przede mną granic. chcę coraz więcej. osiągać, nie otrzymywać. bo dostałam już wszystko. marzę by taki czas nie mijał. by nie przeminęło uczucie, że jestem szczęśliwa. by to szczęście nadal prowadziło mnie za rękę. budziło rano, gdy muszę wstać na zajęcia. kazało ruszyć odwłok do sklepu, bym nie umarła z głodu. dawało energii bym całą noc ślęczała nad makietami i pozwalało się uśmiechać za każdym razem gdy przekręcam klucz w drzwiach. sprawia mi to nieodpartą radość, gdy otwieram drzwi wracając do domu i patrzę. stoję chwilę. wieszam klucze na haczyku i patrzę. z ciągłym niedowierzaniem, że tak – jestem u siebie. zielona herbata smakuje tu lepiej a wskazówka kroczy w wolniejszym tempie.
zastanawiam się, czy zostanę tu na zawsze? a jeśli nie – to na jak długo? z jakiego powodu miałabym się stąd wyprowadzić i jak będę się wtedy czuła? czy będę się cieszyć, czy będę cierpieć, że zostawiłam tu tak ogromną cząstkę siebie? bardzo dużo myśli tego typu dręczy mnie, gdy zamykam oczy, chcąc zasnąć. jakby w momencie zupełnego wyciszenia nachodził mnie lęk, że to stracę. minie radość i ciągłe niedowierzanie. jakbym bała się pozostawić tu wszystkie tak pozytywne emocje.
sto dziewięćdziesiąt jeden.
10 listopad 2009
na parapecie stoi świnia, która jako pierwsza o poranku śle do mnie uśmiech, który oczywiście odwzajemniam. na suficie wisi kryształowy żyrandol, odbijający złe myśli i światło wpadające przez ogromne okna, charakterystyczne dla starych kamienic. jasne drewno rozpromienia pomieszczenia a świeczniki dodają otuchy. a ja? ja w tym wszystkim czuję się częścią całej też przestrzeni. jakbym była wpisana w kompozycję ścian i podłóg. po prostu tu żyję. oddycham pełną piersią. chciałabym wykrzyczeć euforię, lecz słowa są zbyt ubogimi. uśmiech powinien wystarczyć. uśmiech kiedy tu wchodzę i kiedy leżę w łóżku. radość, gdy tu gotuję i zmywam naczynia. choć tego nie lubię. tu wszystko nabiera potrójnej siły. jakbym niczym alicja przenosiła się do swojej krainy. obawy życia w pojedynkę zniknęły z przekroczeniem progu. nie sądziłam, że będę potrafiła plątać się po domu sama ze sobą. a jednak staję się tu silniejsza.
sto dziewięćdziesiąt.
9 listopad 2009
doskonale wyciszające i napawające energią zarazem brzmienia wyciosane ręką kalkbrenner’a i świetnie nakręcony, boleśnie realistyczny obraz życia icarusa.
muzyka: paul kalkbrenner – berlin calling OST.
film: berlin calling.
