sto osiemdziesiąt dziewięć.
22 październik 2009
efekt galatei. dziś uświadomiłam sobie, że to właśnie moja największa przypadłość. jeden gest. jedno słowo. jedna cecha. sprawiają, że błędnie analizuje ludzką naturę. wyolbrzymiam cechy. dodaję koloru i blasku ludziom. nawet tym zupełnie szarym i matowym. żałuje, że pomyślałam o tym właśnie teraz. po tym jak poznałam kogoś, kogo minusy prawdopodobnie też zastąpiłam plusami. chciałabym by okazało się, że ta analiza się powiodła. że teraz nie popełniłam tego błędu. nie chcę stracić uśmiechu, który otrzymuje w ilościach, które ciężko ogarnąć. nadal chcę czuć się doceniona i wyjątkowa. chcę rozmawiać o głupotach i celach. bawić się jak z nikim innym. po prostu się śmiać. teraz niestety wiem, że szanse na to, że poznałam go takim jaki jest naprawdę a nie takim jakiego chciałam poznać, maleją z każdą chwilą. unieszczęśliwiam się własną podświadomością.
sto osiemdziesiąt osiem.
14 październik 2009
chcę się bawić do białego rana przy mocnych dźwiękach wydobywających się z płonących głośników. czekam na kolejny absynt.
sto osiemdziesiąt siedem.
12 październik 2009
była to noc, o której warto napisać powieść. noc pełna silnych emocji. nowych emocji. rozmów o tym, nad czym człowiek pochłonięty codziennością nie rozmyśla. pełnia nadziei i wiary w spełnienie najmniejszych nawet pragnień. uczynienia niemożliwego możliwym i poczucie, że każda jednostka naszego czasu należy do nas. i tylko do nas. słowa wypowiadane w potoku łez radości i niedowierzania. dopuściłam do siebie nowe wyobrażenie o życiu samym w sobie. trochę się zagubiłam, by móc się odnaleźć w nowej postaci. trochę bardziej wierzącej w spełnienie. pisaliśmy na ścianach. tak wymowne.
sto osiemdziesiąt sześć.
3 październik 2009
wielkie pakowanie. oswajanie myśli z kolejną przeprowadzką. prawdopodobnie najbardziej spektakularną z dotychczasowych. sama z własnymi myślami. w swoich czterech ścianach. oddychająca jedynie swoim powietrzem. moja przestrzeń życiowa rośnie. z każdą minutą. nową obawą i każdym objawem radości. chciałam zmian – więc je dostałam. równy tydzień do urodzin. pierwszych z dwójką z przodu. trochę przeraża mnie odpowiedzialność, jaką to za sobą niesie. odpowiedzialność za siebie. własne czyny. słowa. lokum. przede wszystkim za ten nowy dom. przecież nie dorosłam. wciąż jestem tą samą beztrosko patrzącą na świat marzycielką. dzieckiem, patrzącym na ludzi z założeniem, że są dobrzy. tym naiwnym dzieckiem bez przerwy śniącym na jawie. tą samą, która wciąż próbuje dokonać niemożliwego.
30 672 000 jednostek samotności.
sto osiemdziesiąt pięć.
2 październik 2009
to, czego się najmniej spodziewamy wzmaga apetyt na więcej niespodzianek.
