sto pięćdziesiąt dziewięć.
27 luty 2009
sto pięćdziesiąt dziewięć powodów do myślenia. sto pięćdziesiąt dziewięć obaw. sto pięćdziesiąt dziewięć wątpliwości. zastanawiam się nad tym, co zrobiłabym gdyby jutra miało nie być. odpowiedziałam sobie dziś na to pytanie ze sto razy, za każdym razem czując niedosyt. szukam jednej klarownej odpowiedzi, lecz przychodzi mi to z trudem. dużo się na dniach działo. pozytywy przeplatane negatywami. radości smutkiem a śmiech łzami. poza tym mam ogromną potrzebę przedsięwzięcia czegoś na własna rękę. czegoś, co pochłonie mnie poza szkołą i pozwoli iść naprzód. moja twórczość pseudoartystyczna zamiast się rozwijać, cofa się w rozwoju. tyle było przecież pomysłów. zaledwie pół roku temu jedynym problemem było to, jak zrealizować je wszystkie i mieć czas na oddech. obecnie tych idei zabrakło. moje plany związane z pracą prawdopodobnie legną w gruzach, zważywszy na plan zajęć na obecny semestr. nie wiem, co zrobić z miejscem w mojej głowie, w którym gromadzę niepotrzebne myśli.
sto pięćdziesiąt osiem.
24 luty 2009
spacer wgłąb własnych myśli. śnieg zatrzymujący się na rzęsach. światła miasta, zagubione w białej zamieci i szepty pana eldo. spoglądając na zegarek, widzę zwalniające wskazówki, wykonujące ruch już tylko z przyzwyczajenia. przyglądam się twarzom mijających mnie przechodniów. widzę zamęt i pustkę jednocześnie. obierają cel i podążają, nie zastanawiając się nawet nad sensem owej wędrówki. codziennie ten sam plan, te same czynności, ten sam pośpiech. ta sama beznadzieja. z kroku na krok czuję, że jestem wyżej. patrzę już na wszystko z góry. tu beznadzieja zanika.
sto pięćdziesiąt siedem.
18 luty 2009
‘czując, że ktoś go obserwuje, mężczyzna odwrócił się w jej stronę. uśmiechnął się. jego złocisto ogorzałą twarz pokrywały lekkie zmarszczki. było coś niepokojącego w zieleni jego oczu. zmieszana, odpowiedziała uśmiechem, a potem zapatrzyła się w spektakl oceanu.
- co on sobie pomyśli? że go uwodzę. to straszne!
podobała się jej wyrazistość jego rysów. miał szczerą, uczciwą twarz, zdradzającą skłonność do melancholii. (…)
- ach co za paskudna pogoda! – wykrzyknął mężczyzna.
helen nie mogła wyjść ze zdumienia. słysząc własne słowa:
- ależ nie, myli się pan. nie trzeba mówić ‘co za paskudna pogoda’, tylko ‘jaki piękny deszczowy dzień’.
mężczyzna spojrzał na nią badawczo. wydawało się, że powiedziała to szczerze. w tej samej chwili nabrał ostatecznej pewności co do dwóch spraw: bardzo pragnął tej kobiety i gdyby tylko mógł, zostałby z nią na zawsze’.
(fragment opowiadania ‘piękny deszczowy dzień’ z książki ‘odette i inne historie miłosne‘. oczywiście autorstwa schmitt’a).
sto pięćdziesiąt sześć.
12 luty 2009
po powrocie ze słowacji. niewielka dawka zimowego szaleństwa na stoku i parogodzinne rozmakanie w basenach z gorącą wodą. zupełny relaks. zero stresów, dużo zabawy i niewiarygodnie dużo snu. mimo to nadal nie czuję się wyspana. jutro dalszy ciąg korzystania z uroków ferii – czechy. najbardziej zaskakuje mnie jednak to, co napisałam zdanie wcześniej – ‘zero stresów’. nie spodziewałam się. obawiałam się kłótni, obrażania się na siebie i dziecinnych zachowań typu – nie odezwę się do ciebie, bo nie i już. na szczęście się pomyliłam. może nadchodzi taki moment, kiedy życie przestaje być nieprzewidywalne tylko w negatywny sposób i zaskakuje nas pozytywem. słońcem, kiedy boimy się mrozu i uśmiechem, kiedy niemalże nic nie jest już w stanie nas rozweselić.
sto pięćdziesiąt pięć.
7 luty 2009
pobiłam wszystko. jestem królem życia, przemistrzem i generalnie świecę. moje nogi wytrzymały spacer, który zafundowałam sobie wczoraj. chodząc trasami, odwiedzanymi przeze mnie już nie raz, dostrzegłam widoki, budynki, detale, na które nigdy nie zwróciłam uwagi, świeciło piękne słońce a ja po prostu szłam. oderwanie od codziennego pośpiechu i stresów związanych ze studiami, zdrowiem i życiem codziennym. dziś przyjeżdża daga. nie wiem, kiedy ostatnio znalazłyśmy wystarczająco czasu, żeby porozmawiać, pobawić się, pośmiać i popłakać, choć bez względu na wszystko tego czasu i tak będzie zbyt mało. taka nasza natura, że potrzebujemy długich godzin by móc się sobą nacieszyć. tęsknota jest wyznacznikiem wartości. a ja już bardzo tęsknię.
dziś będzie bezsennie.
sto pięćdziesiąt cztery.
6 luty 2009
po sesji. wszystko zaliczone, jak na porządnego studenta przystało. i już teraz mogę przyznać – chcieć to móc. udowodniłam sobie, że potrafię zdobyć to, czego naprawdę pragnę, odmawiając sobie kilku godzin snu na dobę i spędzając odrobinę mniej czasu ze znajomymi. prawdopodobnie potrzebne były te lata walk z wiatrakami, by zrozumieć, że wszystko jest w zasięgu ręki i wystarczy jedynie wola. dziś jest piękny dzień. świeci słońce, za jakim tęskniłam. dziewicze, niepewne promienie dodające pozytywnej energii. wybiorę się na spacer, żeby dopełnić dzień uśmiechem.
