sto dwadzieścia trzy.
24 lipiec 2008
nadinterpretacja słów. gestów. zachowań. taka moja głupia cecha. każdy przecinek i brak kropki odbieram, jako znaczący fakt. jakby mówił o ludzkich intencjach. cechach i stosunku do mnie. taka cholerna przypadłość, zabierająca czas, który powinnam przeznaczyć na myśli bardziej pożyteczne. gorszą jednak konsekwencją tego jest błędna analiza ludzi, bo to co dla innych jest detalem, dla mnie przybiera siłę tsunami. mądry człowiek zapytałby ‘po co?’. ja odpowiedziałabym ‘taka moja pieprzona natura’. a tej nie łatwo pojąć. może jednak ktoś podejmie się wyzwania? proszę tylko mądry człowieku – nie nadinterpretuj moich słów.
od jutra będę tam, gdzie fale obijają się o nabrzeże a ludzie tworzą aurę charakterystyczną dla arkadii. bo to jedno z tych miejsc. wrócę, gdy poukładam swoje życie od podstaw po detale.
sto dwadzieścia dwa.
4 lipiec 2008
zastanawia mnie istota życia człowieka. ponoć człowiek żyje dla zbawienia, ale czy ktoś dał nam na to jakikolwiek papierek? no właśnie. zatem opcja numer jeden odpada. może dla kasy? fakt – źle się bez niej żyje, ale czy można ją uznać za priorytet? z resztą – co mu z tej kasy, jak i tak w końcu ktoś stanie nad nim i ogłosi wszem i wobec, że nastąpił zgon. zatem to z pewnością nie dla mnie. to może miłość? to jest cudowna wizja przesłodzonego świata. żyjmy, by być kochanymi! o tak, a później na własne życzenie zamieszkajmy w pokoju z miękkimi ścianami. jak to uczucie cholernie wykańcza człowieka. chodzi jakiś taki jakby nieobecny i co ma z tego? no właśnie. gdy już dobiegnie do mety i pobije rekord w częstotliwości zamartwiania się ‘jak to dalej z nami będzie’ to chwilę posapie i dojdzie do wniosku, że jedyne co na tym zyskał to spalone kalorie. okrutne, choć prawdziwe.
a teraz proszę cię – popatrz mi prosto w oczy i powiedz, że się mylę. że moja wizja miłości to mit, który jesteś w stanie obalić.
