sto jedenaście.
25 kwiecień 2008
obudziłam się. na zegarku była 08:30. mniej więcej. dotychczas o tej porze byłam w szkole. dziś przeciągnęłam się trzy (no może cztery) razy i dopiero wstałam. wyszłam, by poczuć zapach słońca i wróciłam na śniadanie. dostałam wiadomość od chorwackiego znajomego, co wywołało niekontrolowany uśmiech na mojej twarzy. następnie zrobiłam… nic. zupełnie nic nie zrobiłam. usiadłam do komputera i patrzę przez okno, jak słońce odbija się od ponurych, ludzkich twarzy. mój nastrój zdecydowanie różni się od nastrojów ludzi, którzy w pośpiechu zmierzają do pracy, szkoły, bądź kościoła.
wieczorem prawdopodobnie ostatnie spotkanie w naszym składzie. cała llla, która już się kończy. pożegnań nie lubię najbardziej.
sto dziesięć.
23 kwiecień 2008
dziś oficjalnie zakończyłam edukację w szkole średniej. tzn. nie do końca oficjalnie, bo w czerwcu czeka mnie zakończenie z tak zwaną pompą. ale rewelacji się nie spodziewam, bo skoro nasz rocznik odchodzi to w szkole nie pozostaje nikt równie kreatywny jak my. zatem pewnie będzie lipa. ale niczego więcej i tak się po tej szkole nie spodziewam. wystarczy szopka, jaką odstawili Ci, na których najbardziej polegałam. na myśli mam oczywiście nauczycieli, którzy nie tylko złamali obietnice, ale również wykazali się zupełnym brakiem jakichkolwiek oznak szacunku w stosunku do swoich ‘wychowanków’. odejdę z tej szkoły, po sześcioletniej edukacji bez jakiegokolwiek żalu. a wręcz przeciwnie. łącznie w czasie matur spędzę tam siedem dni i obym nigdy więcej nie miała potrzeby przebywania tam choć przez jedną minutę. chyba, że odwiedzając tych, którzy okazali się ludźmi. czyli tych, którzy wzbudzali we mnie największy lęk. kolejny raz przekonałam się o tym, że lepiej żyć z kimś w konflikcie, by na końcu zobaczyć w tej osobie kogoś naprawdę bliskiego, niż zawierzyć komuś tak mocno, by później zostać zgnojonym.
sto dziewięć.
21 kwiecień 2008
życie, jako priorytet sam w sobie. kolejna noc spędzona na analizowaniu. doszukiwaniu się sensu i staraniu się pojąć. była to próba odnalezienia odpowiedzi na pytanie, które nie zostało nawet postawione. próbowałam pojąć cokolwiek. te, mogłoby się wydawać bezsensowne myśli, pozwoliły mi na dojście do jednego, choć bardzo znaczącego wniosku. nie odnalazłam swojego celu. jest ich na ową chwilę tak wiele, że zaczynam się gubić. nie wiem, co jest priorytetem. nie potrafię uszeregować ich wedle ich wagi. zakończenie szkoły z jakimkolwiek, ale godziwym wynikiem. zdanie matury tak, bym sama dla siebie czuła się usatysfakcjonowana. wyjazd. rozpoczęcie kolejnego etapu edukacji. twórczość pseudoartystyczna. jakaś stabilizacja. czerpanie z otoczenia tego, co mi sprzyja. nie wyrobię. gubię się. jednak z drugiej strony takiego chaosu mi trzeba. takiej niepewności. człowiek żyjący w warunkach niemalże pedantycznych. mający klaustrofobiczną przestrzeń życiową. jedynie na wyciągnięcie rąk, by się przypadkiem nie zgubić. taki właśnie człowiek pragnie nadmiaru powietrza. tak, by się zachłysnął i poczuł, że doczesność wcale nie była taka zła. aby troszkę za nią zatęsknić i chcieć do niej wracać. postawić krok w przeszłość, by ją zaakceptować i zrobić dwa kroki w przyszłość. z nadzieją, że będzie lepsza.
sto osiem.
19 kwiecień 2008
co bym zmieniła, gdybym mogła cofnąć się parę lat w przeszłość? pytanie, które zadaję sobie niemalże każdego dnia i na które odpowiedź brzmiąca ‘nic’, utwierdza mnie w przekonaniu, że przeżywam swoje życie, tak jak powinnam. nie żałuję ani jednej nanosekundy. bo nie chcę żałować. nie podjęłam żadnej decyzji, której dziś (patrząc z perspektywy czasu), bym nie podjęła. nie wypowiedziałam nawet słowa, które dziś ugrzęzłoby w moim gardle. z czego to wynika? prawdopodobnie nie z tego, że nie dostrzegam swoich błędów, bo w rzeczywistości są one dla mnie bardzo widocznymi. uważam raczej, że powodem niechęci do zmiany czegokolwiek w tym, co już za mną, jest przekonanie o wielkości nawet najmniejszego czynu, gestu czy słowa. otóż podeprę się przykładem – gdybym nie przeżyła tego, co przysporzyło mi najwięcej bólu, nie potrafiłabym doceniać tego, co wywołało u mnie uczucia zupełnie przeciwne. oraz gdybym nie spotkała ludzi, którzy pozostawili po sobie jedynie negatywne wspomnienia, nigdy nie dowiedziałabym się, jakich ludzi powinnam unikać. nie potrafiłabym również patrzeć na siebie z dystansem, gdyby nikt wcześniej nie skierował w moją stronę słów krytyki. owe przekonanie o słuszności wszelkich wydarzeń, mających miejsce w moim życiu, pozwala mi czuć się szczęśliwym człowiekiem. bo przecież nim jestem.
sto siedem.
17 kwiecień 2008
zafascynowana nadchodzącym. osiem dni do końca szkoły średniej. czterdzieści jeden dni do ostatniego egzaminu maturalnego. sto sześćdziesiąt sześć dni do rozpoczęcia studiów. czas zapieprza. prawdopodobnie to jedyny moment, kiedy jestem mu za to wdzięczna. przecież ja kocham rewolucje. przemiany. metamorfozy i obawę przed nadejściem nowego. świeżego życia. gdzieś tam – blisko a jednocześnie wystarczająco daleko. tak daleko by zacząć z czystą kartą w papierowej teczce z własnym nazwiskiem. teczkę już kupiłam.
sto sześć.
12 kwiecień 2008
cholernie niecierpliwy ze mnie człowiek. robię wszystko od razu. często pochopnie i bez zastanowienia. ale w ten sposób chyba wyrażam swój szacunek dla czasu. najbardziej nieubłaganego z nieubłaganych. tego, który karze nam żyć w pośpiechu. kochać w pośpiechu. i jednakowo szybko umierać. tego, który karze nam cieszyć się każdą chwilą i podnosić się, gdy się potkniemy. przy tym nie pozwalając nam żałować żadnego upadku. ale czy czas mi to wynagrodzi? czy pozwoli mi cofnąć wskazówkę, gdy nie będę miała siły by wstać? czy pozwoli wykreślić pochopnie wypowiedziane słowa i zatrzyma się, gdy dźwięk będzie wydobywał się z krtani? i czy ostrzeże mnie, gdy będzie przychodził po raz ostatni? powinnam go nienawidzić za to, że ukrył przede mną tyle dobrych chwil. gonił mnie mimo, że prosiłam o postój. odwracał się, gdy tak bardzo go potrzebowałam. a mimo to szanuję.
sto pięć.
10 kwiecień 2008
drogi ***,
nigdy. przenigdy nie żałowałam żadnej decyzji. żadnego słowa. żadnego gestu. jednak żal do samej siebie pojawił się. nagle. niespodziewanie i w momencie, gdy jest on najbardziej niepożądanym uczuciem. nie potrafię być bierna. nie potrafię po prostu patrzeć i widzieć, jak przelewasz się przez moje palce. jak antymateria. nieosiągalny. chcę Cię złapać. nie puszczę. jedyne, co mogę obiecać – nie puszczę. choć tak bardzo boję się obietnic.
i tak wiem, że nie usłyszysz wykrzyczanego przeze mnie milczenia.
mimo to pielęgnuję absurd.
sto cztery.
8 kwiecień 2008
odosobnienie wzmaga wspomnienia. spędziłam dziś dość czasu sama, co przełożyło się na intensywność myślenia o tym i tamtym. przypominałam sobie o krótkich, niemalże urwanych momentach z mojego życia, które pobudziły we mnie emocje. zarówno te dobre, jak i te negatywne. wcale nie szukałam, a mimo to znalazłam w głowie obrazy, których nie chciałam pamiętać. znalazły się tam również treści przyjemne, które wywołały niekontrolowany uśmiech na mojej twarzy i poniekąd również łzy. były to jednak te łzy oczekiwane. chciane. a wręcz pożądane. bo na cóż innego można czekać, gdy nic nie sprawia radości?
sto trzy.
1 kwiecień 2008
dzień, jakich niewiele. zbyt ubogie są słowa, by opisać dzisiejsze uczucia. emocje. myśli. by opisać choć tego fragment. ba, choć sekundę. radość przychodzi wtedy, gdy najmniej się jej spodziewamy. miał to być dzień, jak każdy inny a stał się tym, co chciałabym przeżywać bez końca. minutę po minucie. dzień po dniu. może kiedyś to, czego pragnę stanie się rzeczywistością. codziennością. byłaby to codzienność ubrana w barwy tęczy.
