coś się przełamało. jakaś bariera przestała istnieć. powietrze przestało być ciężkim a radość w sercu urosła do niespotykanych wcześniej rozmiarów. niby nicość a tak przepełniona szczęściem. piękny dzień dopełnia atmosferę. słońce biegające chaotycznie po pokoju. epidemia uśmiechu.

pozytyw w nawiasie pisany. około godziny 15 z minutami. obca ja. obcy on.

dziewięćdziesiąt jeden oddechów. dziewięćdziesiąt jeden marzeń. tęsknota za tym, co jeszcze nie nastało. chęć. pragnienie. potrzeba. spełni się, bo przecież nadal chcę wykonywać te dziewięćdziesiąt jeden oddechów.

terapia zakończona ze skutkiem pozytywnym.

dziewięćdziesiąt.

23 luty 2008

będzie czerwone półsłodkie i drinki na żołądkowej. filmy i długa noc. rozmowy o tym i jeszcze o tamtym i ulga, bo przecież tęskniłam. będzie przede wszystkim to, czego brakuje zawsze najbardziej. czas. cholernie mi tego trzeba. rano miłość do mineralnej niegazowanej.

amy winehouse – rehab.

pokochałam gdańsk i amy winehouse. tour bystrzyca-opole-warszawa-gdańsk się zakończył. niestety. chciałabym zostać dłużej. wszystko, co dobre szybko się… no właśnie.
w mojej głowie amy winehouse – wake up alone.

ps. mam imieniny.

osiemdziesiąt osiem.

17 luty 2008

powrót z bystrzycy. jutro warszawa. wtorek – gdańsk. nic więcej. zwie się to dezercją.

pieprzona marzycielka okazała się tchórzem. tak po prostu pakuje się i wyjeżdża. data 14 luty ją przeraża. tam gdzie będzie, czas się nie zmienia. tam nie będzie kogoś. siedzi teraz w gąszczu niemożliwie rozgałęzionych myśli, czekając na zbawienie. na ulgę. na niepamięć. słucha placebo. czuje się jak bohaterka tych opowieści. zafascynowana nostalgią.

nie będę pisać o tym, co przez ostatnie trzy dni pochłania mnie bez reszty, bo to nie pomoże w ucieczce od dręczących myśli. żadnych planów na dziś. w czwartek może bystrzyca? to miejsce zabiłoby wszystkie negatywne emocje. może snowboard? to jest chyba najlepsze wyjście.

opuściliśmy ten sen, by upijać się toksyczną rzeczywistością. czas nauczyć się wypowiadać swoje myśli, nim przekroczymy pewien próg. nie żałuję. niczego. ani tygodnia. ani dnia. ani godziny. nawet żadnej małej pieprzonej sekundy. za nie wszystkie dziękuję. za te dobre i te gorsze.

appreciate your experiences, because they can be your last.

świadomość wewnętrznego dobra. wczoraj przy okazji rozmowy z moją nową kuzynką (dość skomplikowane) zastanawiałam się nad tym, do jakiej kategorii jestem przynależna. ‘tych złych’ czy ‘tych dobrych’. skoro ludzie wzajemnie się szufladkują to dlaczego nie ułatwić im sprawy i zaszufladkować się na własną rękę? zatem szukałam w swojej osobie wyrazistych cech, które pomogą mi w odnalezieniu poprawnej kategorii. rozmawiałyśmy o tym z grażyną i doszłyśmy do wniosku, że najpierw staram się pomóc innym, później sobie. w momencie, kiedy te słowa zostały wypowiedziane, zupełnie nieświadomie przesunęłam się, żeby kobieta obok mnie miała miejsce. to był ułamek sekundy, kiedy bez większego zamiaru udowodniłam sobie, że jestem z ‘tych dobrych’. grażyna podsumowała ten moment słowami ‘to mógłby być kadr z filmu. genialne’. byłby to cholernie pokręcony film. z pieprzoną marzycielką w roli głównej.