sześćdziesiąt siedem.
31 grudzień 2007
dziś kończy się 2007 rok. minione 365 dni zaliczam do pozytywnych. dużo działo się przez ten rok. rozstania. powroty. łzy i masa uśmiechu. coroczna dychotomia.
dziś powtórka z babskiego wieczoru tyle, że w okrojonym składzie. jednym słowem fukłaki:)
noc zapowiada się na długą, ale i pozytywną. będzie to sylwester, jakiego jeszcze nie było. święta trójca?
by nie zapomnieć o tym, co teraz pochłania mnie najbardziej. dużo ciepłych uścisków i masa całusów dla jacka, który mnie potrzebuje a mnie nie ma przy nim. kochanie to tylko 2000 km.
sześćdziesiąt sześć.
28 grudzień 2007
udowodniłam sobie, że jednak mimo starań nie jestem dobrym człowiekiem. ale czym tak naprawdę jest dobro?
dobro – pojęcie abstrakcyjne będące przeciwieństwem zła. jest elementarnym pojęciem moralnym, określającym pozytywną wartość wszelkich czynów i zachowań.
ale czy rzeczywiście jest przeciwieństwem zła? tak naprawdę dla jednych dobro, czynione przez daną jednostkę, może być odbierane negatywnie przez innego człowieka. zatem w jaki sposób dążyć do bycia dobrym? tu chyba pojawia się element egoizmu, kierujący każdym z nas. otóż czynimy to, co jest dobrem według nas a nie to, co jest dobrem ogółu, bo takie pojęcie nie istnieje.
sześćdziesiąt pięć.
27 grudzień 2007
na szczęście już po świętach. były one najgorszymi z dotychczasowych.
teraz odczuwam ulgę. nie myślę o ostatnich wydarzeniach. o bólu i lęku, jaki odczuwałam. wszystko zostało zatopione dzięki jackowi. co za człowiek.
to coś jakby zalążki wiary w przeznaczenie. utopijna wizja spełnienia.
:*
sześćdziesiąt cztery.
20 grudzień 2007
ogólnie megapozytyw. panuje nade mną magiczna aura, odciągająca mnie od rzeczywistości. wcale nie chce zawracać. chcę w to brnąć. błądzić. gubić się i odnajdywać na nowo drogę, ale już nie sama. będziesz mnie prowadził troskliwie za rękę. tak, jak troskliwe są Twoje słowa. sen na dziś. zaraz zamknę oczy i się stanie.
sześćdziesiąt trzy.
19 grudzień 2007
historia lubi się powtarzać. ona – niepoprawna romantyczka mająca więcej szczęścia, niż rozumu, bo nim tak naprawdę rzadko kiedy się kieruje. jej życiem rządzi przypadek lub intuicja. nigdy nie stara się szukać szczęścia na siłę. za to każdy detal wywołuje u niej niespotykane emocje. nigdy nie jest obojętna. skrajne uczucia doprowadzają ją do łez. bez względu na to, czy to łzy szczęścia, czy smutku. zawsze płacze. to jej własny sposób na wyrzucenie z siebie całego napięcia. kolejny raz postępuje w ten sam, jednakowo nieracjonalny sposób. dla tych, którzy odbierają jej cechy pozytywnie – to kolejny raz, kiedy pokazuje swoją indywidualność i brak poglądów charakterystycznych dla szarej masy. dla tych, którzy uznają ją za szaloną, zaistniała sytuacja jest potwierdzeniem ich tezy. ona na to nie zważa. brnie dalej, coraz bardziej oddalając się od rzeczywistości.
ja ją chyba polubiłam. taką jaka jest. z jej wadami i wiarą w niemożliwe. przecież ona jest we mnie zawsze i wszędzie.
teraz z dedykacją: rani ją jednak fakt, że obok niej w momencie, gdy odczuwa emocjonalną ekstazę, jest ktoś na kogo szczęściu bardzo jej zależy, choć nie może tej osoby uszczęśliwić.
sześćdziesiąt dwa.
13 grudzień 2007
wczoraj zostałam uświadomiona, że zbyt dużo myślę. analizuję każdą minutę. każdy najmniejszy gest i słowo. nawet nie zastanawiałam się nad tego sensem. przeżywam każdy oddech podwójnie, tracąc przy tym tak cenne chwile. koniec.
spontaniczność. od zaraz.
sześćdziesiąt jeden.
12 grudzień 2007
patrzę na ciebie, jakby po raz pierwszy. słucham cię tak, jakbym wcześniej nie słyszała. mówię do ciebie, jakbym wcześniej nie skierowała do ciebie żadnego słowa. czuję, jakbyś był bliskim mi obcym. znajomym, a jednak kimś zupełnie nowym. kimś, kogo chcę poznawać. na nowo. każdego dnia.
zupełnie obce uczucie. pozytywnie nieznajome. piękne.
sześćdziesiąt.
9 grudzień 2007
‘when you try your best but you don’t succeed.
when you get what you want, but not what you need.
when you feel so tired, but you can’t sleep.
stuck in reverse.
and the tears come streaming down your face.
when you lose something you can’t replace.
when you love someone but it goes to waste.
could it be worse?
lights will guide you home.
and ignite your bones.
and I will try to fix you.
high above or down below.
when you’re too in love to let it go.
if you’ll never try, you’ll never know.
just what you want.
lights will guide you home.
and ignite your bones.
and I will try to fix you’.
(coldplay – fix you).
sama prawda. od jakiegoś czasu, z nasileniem wczorajszego wieczoru zastanawiam się nad podjęciem próby. nie mając nic do stracenia. nie wiem tylko, czy jestem wystarczająco silna. czy mam wystarczająco dużo siły i samozaparcia, by dokonać czegoś wręcz niemożliwego.
pięćdziesiąt dziewięć.
6 grudzień 2007
był sobie człowiek. z pozoru wyglądający, jak każdy inny. jego zachowanie również nie wykraczało poza przyjęte kanony. posiadał również najbardziej człowieczą rzecz – wady. za największą z nich uważał swoją ogromną wrażliwość, przez którą każde słowo mogło wywołać u niego łzy. żył tak sobie z wieczna łzą szczęścia lub smutku na policzku. nie starał się zmienić w swojej egzystencji niczego. pewnego dnia budząc się rano pomyślał, że jest głupcem, przeżywając każdą chwilę stukrotnie bardziej, niż przeciętni śmiertelnicy. starał się odbierać chwile mniej emocjonalnie. chciał być bardziej odporny na słowa, czy gesty otaczających go ludzi. z czasem stał się jednak wyrachowany. nie odbierał ludzi z perspektywy, z jakiej robił to wcześniej. nie potrafił już widzieć pozytywu w ludziach. nie cieszył się, z zawsze sprawiających mu radość drobiazgów.
nie wszyscy się zmienią. niektórzy na to nie pozwolą.
pięćdziesiąt osiem.
4 grudzień 2007
melancholia tego miasta. objawia się to przede wszystkim przez widok szarych, jednostajnych ludzi. wszyscy wyglądają, jak dzieci w mundurkach szkolnych. każdy podobny do każdego. nostalgiczny brak wyrażania siebie. brak barwy. jedynie kontur. również ledwo widoczny. dookoła grupy bezimiennych panuje jedynie szept. czasem kocham. czasem nienawidzę.
wyjadę.
