pięćdziesiąt cztery.

30 listopad 2007

dziś impreza w rampie. guzik nam się postarzał. sto lat, sto lat!

wczoraj wielki powrót rodziców z egiptu. masa pięknych prezentów i co ważniejsze zadowolenia w ich oczach. to chyba liczy się najbardziej. i to jedno słowo ‘tęskniłam’ zmieniło wszelkie obawy i niepewność w radość i wzruszenie. czasem nawet krótkie rozstania przynoszą więcej pozytywu, niż mogliśmy dostać od drugiej osoby, będąc obok niej, niemalże zawsze. wtedy uśmiech i każde jedno słowo przybiera stokrotnie na wadze. nie spodziewałam się aż tak pozytywnych emocji. miłe zaskoczenie.

pięćdziesiąt trzy.

29 listopad 2007

spokój. zupełna cisza. wbrew pozorom pozytywna. zazwyczaj sprawia, że czuję nostalgię odbierającą mi siłę. teraz to coś innego. teraz to cisza pełna ukojenia i harmonii. cała ta układanka zaczęła nabierać właściwych i sensownych kształtów. to, co powszechnie nazywa się ‘życiem’ przypomina pewnego rodzaju puzzle. najbardziej lubisz je, gdy jesteś dzieckiem. nie zastanawiasz się nad ich sensem. po prostu układasz. z czasem, gdy rozumiesz coraz więcej potrzebujesz czegoś nowego, by nie popaść w melancholię.

pięćdziesiąt dwa.

26 listopad 2007

wena. długo nie była tak nasilona i skumulowała się we mnie chęć tworzenia. efekty tego na deviantart.

teraz nasycona pozytywnymi uczuciami wsłuchuję się w ciszę. liczę oddechy i cieszę się ich mnogością. lista zmartwień z chwili na chwilę maleje a moje pragnienie dążenia do celu rośnie. mam w sobie dostatek pozytywnej siły, jakiego dawno nie zaznałam. pękła otaczająca mnie warstwa emocjonalnych ograniczeń. nie poddaję się. dążę…

pięćdziesiąt jeden.

25 listopad 2007

dwie noce picia pod rząd. ale nie to się liczy. ważne to z kim spędziłam ten czas. z ludźmi, z którymi nie rozmawia się metaforą a wprost. o ważnych i tych mniej ważnych sprawach. do tego tekst, który stał się podsumowaniem całej imprezy: ‘dolej sobie wódy, bo pijemy za bermudy‘…

teraz upajam się ostatnim dniem weekendu. przemeblowanie w pokoju. jestem bardzo zadowolona. chyba wpadnie dziś muszka. kolejny etap rozważań o egzystencji i komentarze do wczorajszych wydarzeń. jest o czym opowiadać.

pięćdziesiąt.

23 listopad 2007

zapowiada się długa i pozytywna noc. typowy babski wieczór. same kobitki. muzyka. filmy. drinki. rozmowy począwszy od wszystkiego, aż po nicość. tyle, że żadna z nas nie wychodzi za mąż. i bardzo dobrze… przypomina mi się tekst Marysi P.: ‘pseudofacetów i superkobitek’… no ba.

sprawy mniej przyziemne. zaczęłam postrzegać ludzi będących obok mnie niemalże od zawsze, z innej perspektywy. sądzę, że przyzwyczajenie i rutyna nie pozwala nam poznać drugiej osoby. w końcu jakieś cechy ludzkie ulegają zmianom a my ich zwyczajnie nie dostrzegamy. trzeba zatem wykonać obrót o 180 stopni i poznawać się każdego dnia na nowo.

czterdzieści dziewięć.

21 listopad 2007

słowa ranią. bardziej, niż czyny. nie pozwalają nam przymknąć oczu na to, czego nie chcemy zobaczyć. ja nie patrzyłam. dostrzegłam. rzeczywistość i to, kim naprawdę jestem dla osób, dla których powinnam być kimś więcej, niż tylko człowiekiem spotkanym przypadkowo na zatłoczonej ulicy miasta. pieprzona naiwność. może wiara w nieistniejące? chęć dostrzeżenia tego, czego w rzeczywistym świecie nie ma? istnieje tylko w moim.

małym. nic nieznaczącym. chorobliwie wrażliwym. pieprzonym świecie.

boli.

czterdzieści osiem.

19 listopad 2007

zaraz biegnę na koncert. chyba tego mi właśnie trzeba. zupełne odcięcie się od otaczającej mnie monotonii i pojawienie się w świecie metafor i wyobraźni. niestety nie będzie mojej małej muszki… chyba to jedyny minus dzisiejszego wieczoru. odrobimy to jeszcze. prawda?

‘chcę pokochać anioła, który ma na moim punkcie fioła. polecimy razem na niebieskie łąki. tam się wystroimy, jak gwiezdne pająki…’

czterdzieści siedem.

17 listopad 2007

ciężka noc za mną. nadal odczuwam jej skutki… ale nie żałuję. warto było spędzić czas z tymi ludźmi. przy tej muzyce. w tym akurat miejscu. od wczoraj jestem szczęśliwą posiadaczką dowodu osobistego:) mała rzecz a cieszy…

najlepszym komentarzem do wczorajszego dnia są słowa Kubusia Puchatka: ‘…musimy mieć możność oddychania‘.

i jeszcze jeden cytat z Puchatka. do muszki: “…była to niewątpliwie taka rzecz, po której nawet bardzo małe zwierzątko mogło zbudzić się z rana bardzo zadowolone, że to zrobiło”.

czterdzieści sześć.

14 listopad 2007

zaraz lecę na wykład z filozofii na uniwersytet. teraz upijam się chwilą. głęboko wdycham powietrze i powoli je wydycham, nie pozostawiając ani jednej myśli bez dokładnej analizy. nucę ‘czekam przyleć i mnie weź’…

jutro wystawa. w piątek kino na uniwersytecie. w poniedziałek koncert Marysi P. będę nucić. myśleć. rozważać. uciekać myślami, zagłębiając się w każde słowo. kocham rzeczywistość przedstawioną w jej utworach. jakby śpiewała o tym, co czuję, ale czego nie potrafię wyrazić słowami. ona potrafi.

umieram i rodzę się na nowo. z każdą budzącą się myślą.

czterdzieści pięć.

10 listopad 2007

muszko dziękuję za kolejną sesję:*

zdecydowanie zbyt dużo zastanawiam się nad sprawami dotyczącymi mojej dość monotonnej i zbyt poukładanej egzystencji. moje myśli doprowadzają do uczucia niedosytu i chęci zmiany. nagłej. rewolucyjnej. pozytywnie zmieniającej tempo, w jakim oddycham. czasem zapominam o tym, że muszę zachować ciągłość – wdech. wydech. wdech. wydech… codziennie powtarzam te same czynności. wypowiadam te same słowa. spotykam tych samych ludzi. obieram ten sam cel. pragnę tego samego. każdego dnia. zamykam oczy. sześć godzin później zaczynam maraton od nowa.

szukam zmian. takich z bajki i tego, który przyjdzie i obudzi mnie w barwniejszej rzeczywistości.