czterdzieści.

31 październik 2007

myślałam dziś o wpływie, jaki ludzie mają na mój byt. każde miłe słowo może wywołać u mnie pozytywne uczucia. podobnie jak uśmiech przypadkowego przechodnia na ulicy. niefortunnie człowiek skonstruowany jest jako istota odczuwająca ból zatem negatywne zachowania wywołują jednakowo negatywne emocje. rozważając zależność jednostki od ogółu zastanawiałam się nad moim wpływem na ludzi, którzy mnie otaczają. otóż czasem nieświadomie potrafię zranić. zadać cios, który pozostanie bolesnym wspomnieniem w czyimś wnętrzu. oceniałam swoja postawę i doszłam do wniosku, że nie jest ona postawą negatywną. wynika to z faktu, iż widzę swoje błędy i ich konsekwencje (wyrzuty sumienia, czy tęsknotę). dzięki temu żałuję swojego postępowania, słów a czasem nawet gestów, którymi człowiek wyraża bardzo wiele. zrozumiałam też, że przyczyna wielu konfliktów z osobami mi bliskimi tkwi w braku zrozumienia swoich błędów. błędne koło – niekończący się ciąg tych samych zachowań, wywierających negatywne uczucia u innych. rutyna. postępujemy bez zastanowienia, nie zmieniając niczego w swoim zachowaniu. bolesne, choć czasem osoba postępująca w ten sposób jest dla nas zbyt bliska a nasze obawy dotyczące straty tej osoby zbyt duże, by powiedzieć wprost, gdzie tkwi problem.

trzydzieści dziewięć.

30 październik 2007

zaplątałam się w sidła własnych myśli. zbyt dużo się zastanawiam. zbyt dużo czasu spędzam na poszukiwaniu konkretów. odpowiedzi na pytania. ostatnio wątpliwości jest coraz więcej, choć nie mogę stwierdzić, że coś jest nie tak, jakbym tego chciała. jednak zbyt dużo sytuacji jest niejasnych. zbyt mało zdefiniowanych uczuć. nigdy nie prosiłam wprost o słowa. prosiłam o podpowiedzi, by móc odgadnąć rozwiązanie. teraz potrzebuję treści. okrojonej z jakichkolwiek zbędnych słów i metafor, suchej treści. oczekuję cudu. nikt nie nazywa uczuć po imieniu. nikt nie ryzykuje do tego stopnia. nie pokazuje słabości. może dlatego czuję się człowiekiem dużej wiary, bo wierzę w niemożliwe.

trzydzieści osiem.

28 październik 2007

powrót z bystrzycy. wspaniali ludzie, będący zawsze przy mnie i Ci, z którymi kontakt trzeba było odnowić. hmm… dużo miłych wspomnień i budujących perspektyw. dużo łez, wywołanych przez pozytywne uczucia. mimo to, musiały być też złe momenty, bo nigdy nie może być do końca dobrze. o wydarzeniach, jakie miały miejsce ostatniej nocy nie będę tu pisać, bo niektórych rzeczy nie jestem w stanie wyrazić słowami.

już tęsknię, bo jak mogłabym nie tęsknić za osobami, które doprowadzają mnie do łez? pozytywnych łez. za to Wam dziękuję.

trzydzieści siedem.

26 październik 2007

‘nawet, gdy droga nie doprowadzi do celu dobrze, że jest i droga i cel‘. E.Dziewońska.

dzień przemyśleń i rozważań. pełnych sprzeczności a zarazem pozytywnych. niespotykany ciąg spełnienia i zadowolenia z życia. długo nie odczuwałam tego stanu. jedyne z czego mogę być niezadowolona to szkoła. tam brakuje mi motywacji. pozostałe sfery mojego życia zmierzają ku sukcesowi. i tak być powinno.

adnotując do słów Dziewońskiej: osiągnięcie celu nie jest najważniejsze. liczy się droga, którą pokonujemy zbliżając się do niego. nie ma też znaczenia czas, w którym tego dokonujemy, ale technika, jaką się posługujemy.

szykuje się pozytywny wieczór. jutro wyjazd do mojej własnej arkadii, pełnej ludzi, z którymi warto żyć i warto się od nich uczyć.

ps. pozdrowienia dla fukłaków.

trzydzieści sześć.

25 październik 2007

6:00 pobudka. prysznic. zabiegi kosmetyczne. 7:20 autobus. 8 h , co daje 28 800 sec w szkole. 15 minut w domu. zakupy. dom…

jestem zmęczona.

myślę. jakieś niezrozumiałe tezy budują się w mojej głowie. myślę o tym, jak płytkie są słowa, bo nie potrafią wyrazić, jak bardzo chcę. pragnę. gubię się w tym wszystkim. czytam E.Dziewońską.

‘każde spotkanie. za krótko.

każda odległość. za daleko.

każde spojrzenie. za płytko.

każdy pocałunek. za mało.

każde rozstanie. za szybko.

każda myśl. zbyt ulotna.

rozstania. powroty.

tęsknoty.

a przecież zawsze jesteś.

nawet gdy po drugiej stronie.’

wiesz, że ty jesteś adresatem.

trzydzieści pięć.

23 październik 2007

fukłaki. pełno pozytywnych zdjęć. pizza. rozmowy o frajerach. nicnierobienie. dzień zaliczam do udanych. niestety nie każdy może tak wyglądać. było mi to potrzebne. odreagowanie od codzienności. rozmowy, na które nigdy nie ma czasu. jednak najważniejsi byli ludzie, którzy pozwolili mi być dziś kimś zupełnie odstającym od szkolnej rzeczywistości.

jutro po szkole wykłady z filozofii z ‘panem z filozofii’ (a to wszystko dla muszki). bo czego się nie robi dla innych…

btw. ‘kaja ty fiucie!’

trzydzieści cztery.

22 październik 2007

nieprawdopodobne. rozmowa z pawłem. aż trudno uwierzyć. nie spodziewałam się niczego pozytywnego po tej rozmowie. i dobrze, bo się nie zawiodłam. koniec znajomości. nie ma w moim życiu miejsca dla takich ludzi. rafał, powiedziałby, że wartościowi ludzie to tacy z ‘ciężarem’. i to właśnie oni są ponad przeciętnością. a mnie przeciętność nie rusza. lubię indywidualizm i to w ludziach cenię. z drugiej strony nie żałuję rozmowy, która miała miejsce, bo tak naprawdę utwierdziła mnie w przekonaniu, że czas skończyć z niepowodzeniami z przeszłości i szukać w życiu novum, które zapewni mi byt, na jaki zasługuję. jestem człowiekiem na tyle wartościowym, by znaleźć to, czego szukam. lecz, całą tą podróż muszę rozpocząć poznaniem samej siebie i jestem na dobrej drodze by tego dokonać.

trzydzieści trzy.

21 październik 2007

dziękuję za wspólnie spędzone chwile. wszystkie miłe słowa i naukę, jaką mi przekazałeś. byłeś dla mnie nauczycielem, którego przekonania o życiu pozostaną gdzieś głęboko w moim sercu. dziękuję też za to, ze byłeś moją motywacją i zmieniłeś nastawienie do samej siebie. dziękuję za to, że po prostu byłeś.

dziękuję też za wyrozumiałość i poświęcenie swojego czasu dla mnie. ale to wszystko tylko słowa. największą wdzięczność wobec Ciebie kryję w sercu, bo nie wszystko da się opisać, tak by stało się prawdopodobne. choć było prawdziwe.

trzydzieści dwa.

21 październik 2007

4h spędzone na sprzątaniu ciuchów. za dużo tego. i tak pewnie nie wyleczę się z kupowania nowych. teraz czekam na Rafała. jeszcze tylko 2h 4min. czyli 124min. 7440 sekund.

jestem opętana przez myśli o mojej wróżce. słodki stan upojenia.

trzydzieści jeden.

20 październik 2007

po całym dniu zakupów w katowicach. nic się nie zmieniło – nadal największą radość sprawia mi wydawanie kasy na ciuszki… zakupoholiczka, jak określa to daga.

dziś troszkę kasy poszło, ale jakie to ma znaczenie… najważniejsze, że sprawia mi to radość. miałam też czas, żeby troszkę pomyśleć, w przerwie między mierzeniem a płaceniem. myślałam o horoskopach, a szczególnie o tym, co powiedział rafał. wkurza mnie to, że nie każdy wierzy w to, co mówią ‘gwiazdki’. mam na myśli to, że ja nie wierzyłam. gdybym wierzyła oszczędziłabym duzo czasu.