dwanaście.

30 wrzesień 2007

umarła cząstka mnie. nie chcę już liczyć, ile czasu nie dostaję znaku życia. boję się liczyć. boję się uświadamiać sobie, jak bardzo kocham i jak bardzo tęsknię. nawet boję się płakać, bo wiem, że kiedy płaczę, tłumaczę sobie, że tak naprawdę nic się nie stało. a tak przecież nie jest. dziękuję Wam za miłe słowa. chcę już rozpocząć ten tydzień, żeby tyle nie myśleć o… i być wśród tych, w gronie których nie czuję się sama.

jedenaście.

28 wrzesień 2007

całkiem miły wieczór. nowi ludzie. pamiętam tylko (pieska) leszka i nikogo poza tym, piwko, dobra zabawa (np. fafik – daga wie, o co chodzi). było dobrze. ale tylko powierzchownie. to był tylko moment, kiedy zapomniałam o pawle. wieczorem boli najbardziej. wierci w sercu i nie pozwala przejąć inicjatywy przez rozum. rozum chce walczyć, serce czekać. to trudne, bolesne i pełne sprzeczności postępowanie sprawia, że mimo chęci łzy ciekną po policzku. powoli. jedna za drugą…

ale dlaczego?

dziesięć.

26 wrzesień 2007

szkoła. odwiedziny u mojej choronogiej dagi. cieszę się, że jutro zobaczę ją na przystanku o 08:59. w autobusie obok mnie. w klasie po mojej prawej i w autobusie do domku. takie te 3 dni były bez niej bez wyrazu. szczególnie o poranku. poza tym smutek. nie dostałam dziś tego, na czym najbardziej na świecie zależy mi od tych 3-ech pieprzonych dni. napisz jedno słowo. puść sygnał. odbierz. dziś skończył się 3-eci miesiąc razem. wszystkiego najlepszego. też Cię kocham.

jedna. druga. trzecia. myśl. łza. i znów nie jest to łza szczęścia. szkoda.

dziewięć.

25 wrzesień 2007

wczoraj. ból. zawód. rozgoryczenie. łzy. nie były to łzy radości. dzisiaj. radość. uśmiech. niepamięć o tym, co było wczoraj, o uczuciach gromadzących się we mnie. matura z niemieckiego. brak dagi w szkole. brak znaku życia od mojej drugiej połowy. teraz. nostalgia. monotonia. tv. komputer. tv. komputer. pies. tv. jutro będą zdjęcia. baaaardzo się cieszę. dziękuję muszko! (link)

osiem.

22 wrzesień 2007

oj działo się wczoraj. działo. jedna z lepszych nocy ostatniego czasu. tylko ciężki poranek. wspaniali ludzie. fajne miejsce. dobry alkohol. czego więcej trzeba? szkoda tylko, że moja daga tak szybciutko poszła, ale nie dziwię się, bo jak można się dobrze bawić, będąc właścicielem obolałej kończyny? współczuję mojemu aniołowi stróżowi i życzę szybkiego powrotu do formy, bo cóż ja bez Ciebie zrobię?

komentarz do wczorajszej imprezy: ‘rozmawia dwóch facetów przy piwie. jeden bawi się penisem‘. i to by było na tyle…

siedem.

20 wrzesień 2007

przesądni uważają, że ’siedem’ to liczba magiczna, o zabarwieniu pozytywnym. do przesądnych nie należę, a za zbieg okoliczności uznam fakt, iż to mój siódmy post a dzisiejszy dzień zaliczam do udanych. nie biorąc pod uwagę przykrego incydentu o godzinie 09:05, który spotkał dagę. poza tym było miło. mogłam spać dłużej, niż zazwyczaj. miałam mało lekcji. spędziłam miłe chwile podczas zakupów. wystarczy, by czuć się dobrze. poza tym odliczam dni do powrotu mojej drugiej połowy. jeszcze tylko 4 dni.

sześć.

19 wrzesień 2007

kalejdoskop naszej przyjaźni‘. brzmi pozytywnie. i tak samo pozytywne uczucia wywołuje. głupcem ten, kto pragnie w życiu jednostajności. ja kocham te wzloty i upadki. wyże i niże. łzy radości i smutku. i powroty najlepszych przyjaciół. czyż nie byłoby zbyt monotonnie żyć w ciągłym pokoju z najbliższymi? nie potrafiłabym żyć bez tej nutki niepewności, ‘czy wybaczy i zamieni złość w uśmiech?’. zawsze to robi. od 12 lat. i za to dziękuję.

pięć.

19 wrzesień 2007

wiadomość, którą napisałam do ***, dnia 20.08.2007. aż trudno uwierzyć, że od tamtej pory tyle się zmieniło. na lepsze? w to jeszcze trudniej uwierzyć.

‘pomyślałam kiedyś tak: najważniejsze to być szczęśliwym, spełnionym człowiekiem. teraz myślę, że to nie wszystko. jestem szczęśliwa. jestem w związku z człowiekiem, którego darzę wielkim uczuciem, mam przyjaciół, w tym wspaniałego ***, któremu piszę o takich rzeczach, bo mu bezgranicznie ufam, jestem zdrowa, moja rodzina ma się dobrze, nawet szkoła nie czyni mnie nieszczęśliwą. jednak istnieje pewne ale. nie wiem, czy mam rację, ale tak czuję, że przyzwyczajenie do niepowodzenia sprawia, że czuję się nieswojo sama ze sobą, jako z istotą zaznającą szczęścia, odczuwam wręcz poczucie winy. bardzo mi z tym ciężko. jak można czuć się winnym z powodu szczęścia? czasem nie pojmuję sama siebie. a może nigdy jeszcze nie zrozumiałam swoich uczuć, emocji, myśli… może siebie nie znam. absurd. nie można tego określić w inny sposób. może jestem szalona. może tylko wydaje mi się, że jestem taka, jak każdy inny śmiertelnik. ale czy to nie brzmi śmiesznie? każde słowo wypowiedziane z moich ust brzmi dziwnie, nawet ja słysząc swoje myśli czuję się nieswojo. obco. inaczej. myślę, że najtrudniej pojąć siebie. taki natłok sprzeczności, paradoksalne pojmowanie rzeczywistości. to chyba wszystko, co zgromadziła moja ciężka od mentalnego zmęczenia głowa. miłego… dnia, wieczoru, nocy… mój słuchaczu’.

cztery.

18 wrzesień 2007

wdech. wydech. wdech. wydech. wdech.

monotonia. 6:15 pobudka, prysznic, śniadanie. 7:15 transport do szkoły. 7:40 szkoła. rozmowy o wszystkim z dagą, bo na to nigdy nie ma czasu. 8:00 – lekcje. i tak do 16:30. autobus, dom, ewentualny obiad, lekcje, prysznic, łóżko. 6:15 pobudka, prysznic…

‘droga od monotoni do harmoni wiedzie przez dysharmonię’. rzekł novalis.

trzy.

18 wrzesień 2007

siedzę. gromadzę myśli. rozwijam. one mutują w jakieś idee, które nie trudno zrealizować. nagle pustka. zostałam sama.

spędzam tu czternaście godzin dziennie. zaspokajam tu swoje potrzeby, rozmawiam, śmieję się, uczę. ale w tym powietrzu jest ta bariera, która ogranicza mój byt. mimo, że jestem wdzięczna za opiekę, środki do życia i miłość. wyjadę. tam, gdzie będę wśród tych, którzy czuli to samo.