na parapecie stoi świnia, która jako pierwsza o poranku śle do mnie uśmiech, który oczywiście odwzajemniam. na suficie wisi kryształowy żyrandol, odbijający złe myśli i światło wpadające przez ogromne okna, charakterystyczne dla starych kamienic. jasne drewno rozpromienia pomieszczenia a świeczniki dodają otuchy. a ja? ja w tym wszystkim czuję się częścią całej też przestrzeni. jakbym była wpisana w kompozycję ścian i podłóg. po prostu tu żyję. oddycham pełną piersią. chciałabym wykrzyczeć euforię, lecz słowa są zbyt ubogimi. uśmiech powinien wystarczyć. uśmiech kiedy tu wchodzę i kiedy leżę w łóżku. radość, gdy tu gotuję i zmywam naczynia. choć tego nie lubię. tu wszystko nabiera potrójnej siły. jakbym niczym alicja przenosiła się do swojej krainy. obawy życia w pojedynkę zniknęły z przekroczeniem progu. nie sądziłam, że będę potrafiła plątać się po domu sama ze sobą. a jednak staję się tu silniejsza.

sto dziewięćdziesiąt.

9 listopad 2009

doskonale wyciszające i napawające energią zarazem brzmienia wyciosane ręką kalkbrenner’a i świetnie nakręcony, boleśnie realistyczny obraz życia icarusa.

muzyka: paul kalkbrenner – berlin calling OST.
film: berlin calling.

sto osiemdziesiąt dziewięć.

22 październik 2009

efekt galatei. dziś uświadomiłam sobie, że to właśnie moja największa przypadłość. jeden gest. jedno słowo. jedna cecha. sprawiają, że błędnie analizuje ludzką naturę. wyolbrzymiam cechy. dodaję koloru i blasku ludziom. nawet tym zupełnie szarym i matowym. żałuje, że pomyślałam o tym właśnie teraz. po tym jak poznałam kogoś, kogo minusy prawdopodobnie też zastąpiłam plusami. chciałabym by okazało się, że ta analiza się powiodła. że teraz nie popełniłam tego błędu. nie chcę stracić uśmiechu, który otrzymuje w ilościach, które ciężko ogarnąć. nadal chcę czuć się doceniona i wyjątkowa. chcę rozmawiać o głupotach i celach. bawić się jak z nikim innym. po prostu się śmiać. teraz niestety wiem, że szanse na to, że poznałam go takim jaki jest naprawdę a nie takim jakiego chciałam poznać, maleją z każdą chwilą. unieszczęśliwiam się własną podświadomością.

sto osiemdziesiąt osiem.

14 październik 2009

chcę się bawić do białego rana przy mocnych dźwiękach wydobywających się z płonących głośników. czekam na kolejny absynt.

sto osiemdziesiąt siedem.

12 październik 2009

była to noc, o której warto napisać powieść. noc pełna silnych emocji. nowych emocji. rozmów o tym, nad czym człowiek pochłonięty codziennością nie rozmyśla. pełnia nadziei i wiary w spełnienie najmniejszych nawet pragnień. uczynienia niemożliwego możliwym i poczucie, że każda jednostka naszego czasu należy do nas. i tylko do nas. słowa wypowiadane w potoku łez radości i niedowierzania. dopuściłam do siebie nowe wyobrażenie o życiu samym w sobie. trochę się zagubiłam, by móc się odnaleźć w nowej postaci. trochę bardziej wierzącej w spełnienie. pisaliśmy na ścianach. tak wymowne.

sto osiemdziesiąt sześć.

3 październik 2009

wielkie pakowanie. oswajanie myśli z kolejną przeprowadzką. prawdopodobnie najbardziej spektakularną z dotychczasowych. sama z własnymi myślami. w swoich czterech ścianach. oddychająca jedynie swoim powietrzem. moja przestrzeń życiowa rośnie. z każdą minutą. nową obawą i każdym objawem radości. chciałam zmian – więc je dostałam. równy tydzień do urodzin. pierwszych z dwójką z przodu. trochę przeraża mnie odpowiedzialność, jaką to za sobą niesie. odpowiedzialność za siebie. własne czyny. słowa. lokum. przede wszystkim za ten nowy dom. przecież  nie dorosłam. wciąż jestem tą samą beztrosko patrzącą na świat marzycielką. dzieckiem, patrzącym na ludzi z założeniem, że są dobrzy. tym naiwnym dzieckiem bez przerwy śniącym na jawie. tą samą, która wciąż próbuje dokonać niemożliwego.

30 672 000 jednostek samotności.

sto osiemdziesiąt pięć.

2 październik 2009

to, czego się najmniej spodziewamy wzmaga apetyt na więcej niespodzianek.

sto osiemdziesiąt cztery.

26 wrzesień 2009

gdy zamykam oczy. jesteśmy na plaży. rozmawiamy o tym, co uważasz za istotne. mówisz, że mógłbyś tak rozmawiać wieczność. płaczę razem z Tobą, bo wiem, jak Ci teraz ciężko. właśnie dzisiaj. myśli powróciły. patrzymy na gwiazdę i dziękujemy, że dla nas świeci. otwieram oczy a ty piszesz mi, że tęsknisz.

mogłabym pisać tylko o nas. dzieje się naprawdę dużo. za dużo. mimo to, nie potrafię skupić myśli na niczym innym. ja też tęsknię. już niedługo.

za dwa dni drugi rok studiów.
za dwa tygodnie ostatnia przeprowadzka.
do siebie.

sto osiemdziesiąt trzy.

15 wrzesień 2009

you say you’ll give me
eyes in a moon of blindness
a river in a time of dryness
a harbour in the tempest
but all the promises we make
from the cradle to the grave
when all I want is you.

(fragment ‘all I want is you’, U2)

sto osiemdziesiąt dwa.

10 wrzesień 2009

jak szpieg kroczy za mną. nie opuszcza mnie na moment. chłonie wszystkie moje myśli i obserwuje gesty. ujawnia się coraz bliżej, by skłonić mnie do wspomnień o tym, za czym tak bardzo tęsknię i o tym, za kim tak bardzo tęsknię. gdziekolwiek nie skieruję wzroku, ona jest na wprost,  jakby chciała pokazać mi drogę, którą winnam podążać. o czymkolwiek nie pomyślę, napływają setki skojarzeń związanych właśnie z nią. kiedy odpowie mi na te tysiące pytań kotłujących się w mojej głowie? kiedy przywoła obraz plaży. nocy. ciszy. nas? kiedy po raz kolejny stanie mi na drodze bym zmieniła ciąg myśli?

proszę, byś nigdy dla mnie nie zgasła.