sto osiemdziesiąt.
7 lipiec 2009
pierwszy dzień w opolu. zapowiada się dobrze. mam nadzieje, że czas do momentu wyprowadzki ‘do siebie’ minie równie spokojnie.
sto siedemdziesiąt dziewięć.
6 lipiec 2009
ostatnia noc na tęczowej. wiele rzeczy kojarzy mi się z tym miejscem. pierwsze samodzielne lokum. łzy, uśmiechy, masa przewijających się ludzi i samotność zarazem. podsumowując przeszło dziesięć miesięcy jestem w stanie stwierdzić, że było dobrze. chyba nie zmieniłabym niczego. zakończyłam pierwszy rok studiów z prawie zadowalającym wynikiem. ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. ponoć. jutro wracam do rzeczywistości sprzed roku. nawet dobrze się z tym czuje.
sto siedemdziesiąt osiem.
24 czerwiec 2009
wiesz, odczuwam ogromną potrzebę opowiedzenia Ci o tym, jak się teraz czuję. jestem szczęśliwa o czym świadczą miliony uśmiechów dziennie, ale niespełniona, bo wątpię we własne możliwości. samotna, bo nie czuję obecności kogoś bardzo bliskiego i poszukująca czegoś nowego. chce poznawać, uczyć się, popełniać nowe błędy i wygrywać to, w czym zawsze byłam słaba. robi się zbyt jednostajnie. odrobinę zbyt szaro i monotonnie. chcę przełamać tę szarość nasyconym kolorem. na szczęście zbliżają się wakacje, przepełnione masą optymizmu ukrytego w barwach.
sto siedemdziesiąt siedem.
22 czerwiec 2009
garstka nadziei i garstka obaw. szczypta entuzjazmu i gram poczucia winy. wymieszać wszystko razem. trzy razy zmiksować. przyprawić i mamy gotową ‘ja’. boję się. po prostu. po ludzku. po części i w całości. przebywanie w samotności wzmaga apetyt na ludzi. pozwala spotkać się sam na sam z natchnieniem. ale i wzmaga obawy, że kiedyś chwile samotności mogą przeistoczyć się z ‘chwilowo’ do ‘bez końca’. potrzebuję myśli ‘jestem u siebie’ wynurzającej się spod zaspanej powieki. potrzebuję przestrzeni. intymności. przede wszystkim mentalnej. im bliżej nowego etapu, tym bardziej skręcają się nitki strachu i radości. dychotomia ludzkiej natury. im więcej spełnionych pragnień mamy w zasięgu ręki, tym bardziej się tego boimy. boimy się, że nie zasłużyliśmy na to, co jest nam oferowane.
sto siedemdziesiąt sześć.
18 czerwiec 2009
ty daj mi rękę. chodźmy na spacer. wrocławską wiosenną ciepłą nocą, która dla nas płacze. patrz mi w oczy i błagaj, by ta chwila trwała wiecznie.
sto siedemdziesiąt pięć.
15 czerwiec 2009
po koncercie hemp gru. sama niedowierzam.
sto siedemdziesiąt cztery.
13 czerwiec 2009
‘myśli, których się nie zdradza, ciążą nam, zagnieżdżają się, paraliżują nas, nie dopuszczają nowych i w końcu zaczynają gnić. staniesz się składem starych śmierdzących myśli, jeśli ich nie wypowiesz‘. (eric-emmanuel schmitt ‘oskar i pani róża’)
cały dzień rysowania. wyglądałam jak dziecko, które po raz pierwszy wzięło do ręki węgiel. nie mówię już o bólu prawej kończyny górnej. jutro czeka mnie to samo. grrr… nienawidzę zaliczeń z malarstwa i rysunku. wena twórcza na siłę? coś nie tak. ostatnie dwa dni spędziłam sama w domu. nie potrafię tak na dłuższą metę. jedynie muzyka i fakt, że nikt nie słyszał mojego zawodzenia trzymały mnie przy życiu. wybiorę się spać, żeby zacząć dzień o jakiejś ludzkiej porze. dobranoc.
sto siedemdziesiąt trzy.
12 czerwiec 2009
‘spacer przez ulice. aleje. place. wiosenną nocą, która płacze‘. (eldo)
po prawie miesięcznej przerwie postanowiłam napisać, choć nie zmieniło się zbyt wiele. nauki jest nadal dużo, zbliża się sesja. w pierwszej połowie lipca będzie już po wszystkim. boję się. koniec drugiego semestru przysparza mi znacznie więcej stresu, niż pierwsza sesja. ale dam radę. muszę.
okres samotności wydłużył się do ośmiu miesięcy. zbliżające się wakacje pomagają nie myśleć o pustce.
sto siedemdziesiąt dwa.
19 maj 2009
dziś mam wolne, więc staram się spożytkować sensownie dzień. niestety pogoda i fakt, że spałam przeszło 12h uniemożliwiają mi racjonalne myślenie. mam trochę nauki, mniej zapału i siły, by to wszystko ogarnąć. ostatnie dni przyniosły sporo niespodzianek. jedno się jednak nie zmieniło – towarzystwo. spędzam z agą 24h na dobę. i k***a nie możemy się pokłócic, bez względu na to, jak bardzo się do tego przykładamy. staramy się jednak uczynić niemożliwe możliwym.
w dalszym ciągu brakuje mi tego jednego. przeszło 7 miesięcy, czyli jakieś 18 144 000 sekund samotności. chciałabym myśleć o tym okresie w czasie przeszłym.
sto siedemdziesiąt jeden.
27 kwiecień 2009
śmierć przychodzi nagle i porywa tych, których życie powinno zatrzymać przy sobie najdłużej.
sto siedemdziesiąt.
26 kwiecień 2009
nie potrafię określić jak żyję. czym oddycham. z jaką częstotliwością pojawiają się kolejne obawy. nie wiem, co uważam za priorytet. zatarły się idee sprzed ośmiu miesięcy. nie wiem, czego pragnę najmocniej i do czego powinnam dążyć za wszelką cenę. żyję z dnia na dzień, doznając tysięcy wrażeń, jednak nie czuję obecności tego, co by mnie napędzało. kazało przeżywać każdą chwilę maksymalnie. spieszyć się ze swoim życiem a mimo to być spełniona w tym, co robię. brakuje zewnętrznego bodźca. kogoś. nie czegoś. potrzebuję wiary, która przyćmi słabości i obawy o to, że nie podołam. nigdy nie wierzyłam, że mogę osiągnąć wiele, a mimo to udowodniłam sobie, że chcieć to móc. mimo to czuję, że stoję między pomyślną teraźniejszością a lękiem, że mogę to stracić. cadofobia.
sto sześćdziesiąt dziewięć.
23 kwiecień 2009
tracę i doceniam. właśnie tak.
sto sześćdziesiąt osiem.
17 kwiecień 2009
muzyka napędza.
sto sześćdziesiąt siedem.
10 kwiecień 2009
smacznego jajka, króliczka, koszyczka itd. nie lubię wielkanocy. żadne to święta.
sto sześćdziesiąt sześć.
30 marzec 2009
dlaczego ludzie skonstruowani są tak, że nie potrafią doceniać tego, co się dla nich robi? dlaczego wypruwając z siebie flaki zostajesz posądzona o to, że robisz coś nie tak, że ze wszelką cenę starasz się zaszkodzić, mimo, że twoje intencje są jak najlepsze? po co ludzie, tacy jak ja dbają o to, by ludzie na których im zależy czuli troskę i pomoc z naszej strony? po co do cholery? opadłam z sił.
sto sześćdziesiąt pięć.
29 marzec 2009
poczucie winy – stan emocjonalny powstający w sytuacji uświadomienia sobie popełnienia czynu prawnie albo moralnie niedozwolonego. związane jest zwykle z chęcią zadośćuczynienia i poddania się karze.
zżeram się od wewnątrz.
sto sześćdziesiąt cztery.
28 marzec 2009
05:17. wchodzę do mieszkania. siadam w kuchni, zastanawiając w jaki sposób czas minął tak szybko i skąd do cholery miałam tyle energii. w ciągu jednej nocy spotkałam tylu ludzi, że nie jestem w stanie tego ogarnąć do teraz. byli ci, których za nic w świecie bym się nie spodziewała. ale zawiodłam. zawiodłam tą osobę, która jest ze mną niemalże każdego dnia, która wspiera mnie i krytykuje, gdy potrzebuje by ktoś mną potrząsnął, która nie mogłaby mieć na mnie lepszego wpływu. przepraszam.
sto sześćdziesiąt trzy.
25 marzec 2009
niezdecydowana jestem i nienawidzę tego cholernego czasu, kiedy staram się podjąć decyzję. nienawidzę. marnuję miliony sekund, choć tego nie chcę. nadal nie wiem, czy to ten odpowiedni, czy po raz kolejny powinnam uznać, że lepiej jest mi samej, choć wcale nie jest to prawdą.
sto sześćdziesiąt dwa.
22 marzec 2009
dobrze się dzieje. spędziłam ostatnie dni w towarzystwie niemalże wszystkich najbliższych memu sercu ludzi. teraz jestem już na tęczowej i zanurzam się w dźwiękach energii.
sto sześćdziesiąt jeden.
11 marzec 2009
radosne dni w towarzystwie osoby, która wywołuje uśmiech na twarzy średnio trzy razy na minutę. dzielimy razem pokój na jakiś czas i muszę przyznać, że sprzyja mi ten czas. jest duży spokój.
sto sześćdziesiąt.
1 marzec 2009
mimo wszystko jestem wybrańcem. jednym z niewielu, którzy stojąc po środku tłumu wykrzyczą swoje szczęście.
sto pięćdziesiąt dziewięć.
27 luty 2009
sto pięćdziesiąt dziewięć powodów do myślenia. sto pięćdziesiąt dziewięć obaw. sto pięćdziesiąt dziewięć wątpliwości. zastanawiam się nad tym, co zrobiłabym gdyby jutra miało nie być. odpowiedziałam sobie dziś na to pytanie ze sto razy, za każdym razem czując niedosyt. szukam jednej klarownej odpowiedzi, lecz przychodzi mi to z trudem. dużo się na dniach działo. pozytywy przeplatane negatywami. radości smutkiem a śmiech łzami. poza tym mam ogromną potrzebę przedsięwzięcia czegoś na własna rękę. czegoś, co pochłonie mnie poza szkołą i pozwoli iść naprzód. moja twórczość pseudoartystyczna zamiast się rozwijać, cofa się w rozwoju. tyle było przecież pomysłów. zaledwie pół roku temu jedynym problemem było to, jak zrealizować je wszystkie i mieć czas na oddech. obecnie tych idei zabrakło. moje plany związane z pracą prawdopodobnie legną w gruzach, zważywszy na plan zajęć na obecny semestr. nie wiem, co zrobić z miejscem w mojej głowie, w którym gromadzę niepotrzebne myśli.
sto pięćdziesiąt osiem.
24 luty 2009
spacer wgłąb własnych myśli. śnieg zatrzymujący się na rzęsach. światła miasta, zagubione w białej zamieci i szepty pana eldo. spoglądając na zegarek, widzę zwalniające wskazówki, wykonujące ruch już tylko z przyzwyczajenia. przyglądam się twarzom mijających mnie przechodniów. widzę zamęt i pustkę jednocześnie. obierają cel i podążają, nie zastanawiając się nawet nad sensem owej wędrówki. codziennie ten sam plan, te same czynności, ten sam pośpiech. ta sama beznadzieja. z kroku na krok czuję, że jestem wyżej. patrzę już na wszystko z góry. tu beznadzieja zanika.
sto pięćdziesiąt siedem.
18 luty 2009
‘czując, że ktoś go obserwuje, mężczyzna odwrócił się w jej stronę. uśmiechnął się. jego złocisto ogorzałą twarz pokrywały lekkie zmarszczki. było coś niepokojącego w zieleni jego oczu. zmieszana, odpowiedziała uśmiechem, a potem zapatrzyła się w spektakl oceanu.
- co on sobie pomyśli? że go uwodzę. to straszne!
podobała się jej wyrazistość jego rysów. miał szczerą, uczciwą twarz, zdradzającą skłonność do melancholii. (…)
- ach co za paskudna pogoda! – wykrzyknął mężczyzna.
helen nie mogła wyjść ze zdumienia. słysząc własne słowa:
- ależ nie, myli się pan. nie trzeba mówić ‘co za paskudna pogoda’, tylko ‘jaki piękny deszczowy dzień’.
mężczyzna spojrzał na nią badawczo. wydawało się, że powiedziała to szczerze. w tej samej chwili nabrał ostatecznej pewności co do dwóch spraw: bardzo pragnął tej kobiety i gdyby tylko mógł, zostałby z nią na zawsze’.
(fragment opowiadania ‘piękny deszczowy dzień’ z książki ‘odette i inne historie miłosne‘. oczywiście autorstwa schmitt’a).
sto pięćdziesiąt sześć.
12 luty 2009
po powrocie ze słowacji. niewielka dawka zimowego szaleństwa na stoku i parogodzinne rozmakanie w basenach z gorącą wodą. zupełny relaks. zero stresów, dużo zabawy i niewiarygodnie dużo snu. mimo to nadal nie czuję się wyspana. jutro dalszy ciąg korzystania z uroków ferii – czechy. najbardziej zaskakuje mnie jednak to, co napisałam zdanie wcześniej – ‘zero stresów’. nie spodziewałam się. obawiałam się kłótni, obrażania się na siebie i dziecinnych zachowań typu – nie odezwę się do ciebie, bo nie i już. na szczęście się pomyliłam. może nadchodzi taki moment, kiedy życie przestaje być nieprzewidywalne tylko w negatywny sposób i zaskakuje nas pozytywem. słońcem, kiedy boimy się mrozu i uśmiechem, kiedy niemalże nic nie jest już w stanie nas rozweselić.
sto pięćdziesiąt pięć.
7 luty 2009
pobiłam wszystko. jestem królem życia, przemistrzem i generalnie świecę. moje nogi wytrzymały spacer, który zafundowałam sobie wczoraj. chodząc trasami, odwiedzanymi przeze mnie już nie raz, dostrzegłam widoki, budynki, detale, na które nigdy nie zwróciłam uwagi, świeciło piękne słońce a ja po prostu szłam. oderwanie od codziennego pośpiechu i stresów związanych ze studiami, zdrowiem i życiem codziennym. dziś przyjeżdża daga. nie wiem, kiedy ostatnio znalazłyśmy wystarczająco czasu, żeby porozmawiać, pobawić się, pośmiać i popłakać, choć bez względu na wszystko tego czasu i tak będzie zbyt mało. taka nasza natura, że potrzebujemy długich godzin by móc się sobą nacieszyć. tęsknota jest wyznacznikiem wartości. a ja już bardzo tęsknię.
dziś będzie bezsennie.
sto pięćdziesiąt cztery.
6 luty 2009
po sesji. wszystko zaliczone, jak na porządnego studenta przystało. i już teraz mogę przyznać – chcieć to móc. udowodniłam sobie, że potrafię zdobyć to, czego naprawdę pragnę, odmawiając sobie kilku godzin snu na dobę i spędzając odrobinę mniej czasu ze znajomymi. prawdopodobnie potrzebne były te lata walk z wiatrakami, by zrozumieć, że wszystko jest w zasięgu ręki i wystarczy jedynie wola. dziś jest piękny dzień. świeci słońce, za jakim tęskniłam. dziewicze, niepewne promienie dodające pozytywnej energii. wybiorę się na spacer, żeby dopełnić dzień uśmiechem.
sto pięćdziesiąt trzy.
26 styczeń 2009
w statystykach bloga sprawdziłam, co wpisywali czytelnicy w wyszukiwarce znajdując mojego bloga i uwaga uwaga, jest hit – ‘co oznacza skrut wip‘. umarłam.
sto pięćdziesiąt dwa.
25 styczeń 2009
są tacy ludzie. wiemy, że są nam bliscy i już. bez wyjaśnień i precyzowania tego, co nas z nimi łączy. ludzie, z którymi można śmiać się bez końca i płakać godzinami. ludzie, z którymi można rozmawiać o wszystkim i nie tłumaczyć im swoich błędów. mówić z nimi o swoich wadach i nabierać do tego dystansu. są tacy ludzie, którym się ufa. od pierwszej chwili.
sto pięćdziesiąt jeden.
24 styczeń 2009
-wierzysz w szczęście, jako stan, którego nie jesteś w stanie do końca opisać, ale wiesz, że niczego więcej ci nie potrzeba? wierzysz, że tak już jest i twoja przeszłość jest ci teraz wynagradzana? przeżyłaś już tyle niepowodzeń i zawiodłaś się na sobie tak wiele razy, że doceniasz każdy dobry dzień i każdą pozytywną chwilę? każde miłe słowo skierowane w twoja stronę odbierasz jako aprobatę tego, kim jesteś i jaka jesteś? czujesz, że twój stosunek do życia i samej siebie się diametralnie zmienił i nadal ulega zmianom na lepsze? czujesz, że jesteś w stanie spełnić każde, nawet najmniejsze pragnienie? masz siłę i wolę by walczyć na rzecz dobra własnego i twoich najbliższych? chcesz zmieniać swoje otoczenie, swój mały świat?
-tak.
sto pięćdziesiąt.
22 styczeń 2009
&?*%!^#! energia, jak nigdy. masa radości, niespotykane siły i chęci do działania. jutro wolne, więc balujemy. standardowo z boskim. standardowo w bezsenności. oj. bezcenne.
sto czterdzieści dziewięć.
20 styczeń 2009
czy aby na pewno jesteś człowiekiem skoro sprawiłeś, że zwątpiłam? poddałam wątpliwości naturalne ludzkie dobro. przestałam ufać. zmieniłam się. zatraciłam swoją wiarę w ludzi. wiarę w szczęście u boku drugiej osoby. choć nie słyszałam twojego głosu już dość długo, z dnia na dzień utwierdzam się w przekonaniu, że wszystko niszczysz. ty i te głupie wspomnienia. te bezsensowne niespełnione obietnice i ta moja naiwność. niekończąca się opowieść o niej i jej błędzie. chcę znów patrzeć na ludzi, jak wcześniej. z myślą, że każdy ma w sobie więcej dobra, niż zniszczenia. chcę umieć kochać i pozwolić na bycie kochaną. potrzebuję życiodajnej miłości.
sto czterdzieści osiem.
7 styczeń 2009
zawsze sądziłam, że najgorsza jest niewiedza. ta niepewność. życie ze świadomością, że może cię dotyczyć zło, o którym nie masz pojęcia. teraz wiem, że się myliłam. nie chce posiadać wiedzy, którą posiadam. chcę by było tak, jak dotychczas. chcę myśleć o swoim życiu w sposób niezmiernie beztroski i potrafić śmiać się bez końca. chcę cieszyć się z małych, w rzeczywistości nieznaczących rzeczy i chcę znów być sobą. pragnę znów mieć w sobie siłę, by szaleć. by móc szukać we wszystkim dobrych stron. chcę by z powrotem nastał duży spokój. powiedziałam to, czy pomyślałam?
sto czterdzieści siedem.
6 styczeń 2009
piszę esej.
akcent / uwaga / dominacja.
ogół nie wywołuje na ludziach wrażenia, ponieważ zazwyczaj jako ogół pojmowana jest szarość i jednolitość. jedynie akcent, detal, szczegół przykuwa naszą uwagę i wywołuje pewne wrażenie, uzyskując tym samym dominację nad powyżej opisaną jednolitością, czy nawet kolokwialnie mówiąc ‘nudą’. zakładając jednak, że całość nas otaczająca nie jest postrzegana w odcieniach szarości a wielobarwności, tworzy się przesyt, którego efektem jest brak zainteresowania ze strony odbiorcy. dotyczy to zarówno rozwiniętego pojęcia sztuki, jako malarstwa, rysunku, rzeźby, czy architektury, jak również społeczeństwa i sposobu odbierania jednostki. otóż w społeczeństwie wytworzyła się tendencja do postrzegania ludzi przez pryzmat przyjętych kanonów, które kształtowały się na przestrzeni wieków, głównie za sprawą wzorców osobowych, których przykładem może być ideał średniowiecznego rycerza, czy też patrząc na dane zagadnienie ze strony duchowej – zgodność postawy człowieka z dekalogiem. te kanony ograniczały swobodę człowieka, co uniemożliwiło bycie wyjątkowym. słowa amerykańskiej piosenkarki współczesnej myra’y ellen amos brzmiące ‘najwspanialsi ludzie nie są tymi, którzy dają się zamknąć w pudełkach’ odpowiadają obecnym tendencjom i zaprzeczają dotychczasowemu ideałowi oraz ukazują wyjątkowość tych ludzi, którzy różnią się od reszty społeczeństwa. to właśnie ci ludzie przykuwają naszą uwagę, dominując tym samym, poprzez wyróżnianie się z tłumu. podobna sytuacja następuje, gdy każda jednostka stara się przełamać przyjęte normy. owa wyjątkowość przestaje być odbierana, jako wyjście z ram, stając się tym samym kolejnym przyjętym kanonem, ponieważ zachowanie, czy wygląd danej jednostki nie budzi w nas emocji, stając się tym samym obojętna naszym doznaniom. zatem czy receptą na uzyskanie dominacji oraz przykucie uwagi jest umiejętność znalezienia złotego środka? owszem, otóż detal odgrywa najważniejszą rolę w wywołaniu w odbiorcy wrażenia, zarówno czy będzie wywoływało ono pozytywne, czy też negatywne emocje. wracając jednak do dziedzin sztuki, analizując choćby twórczość piet’a mondrian’a, XX-wiecznego malarza holenderskiego, tworzącego w nurcie neoplastycyzmu, dostrzec można znaczenie akcentu w dziele sztuki. obrazy mondrian’a charakteryzują się występowaniem jedynie bieli i czerni oraz barw podstawowych tj. żółtej, niebieskiej oraz czerwonej. kompozycje czarnych linii poziomych i pionowych, tworzących prostokąty tworzą bardzo uporządkowany i czytelny obraz, zaś nierównomiernie rozłożone akcenty kolorystyczne wywołują wrażenie na odbiorcy, poprzez szokowanie swą prostotą oraz wprowadzają w stan zadumy. podobne odczucia wywołują również dzieła malarza z początków działalności, tworzone w nurcie postimpresjonistycznym. otóż nawet krajobrazy malowane jego pędzlem ukazane są jedynie w trzech podstawowych barwach, co przenosi odbiorcę niemalże w świat dziecięcy. przykładem tego typu dzieła mondrian’a jest ‘wiatrak w świetle słońca’. podobna dominacja akcentu dostrzegalna jest w innej dziedzinie sztuki, jaką jest fotografia. polega ona na uchwyceniu obrazu w ten sposób, by wyostrzyć jedynie te elementy, które mają największy wpływ na odebranie w sposób poprawny myśli autora danego zdjęcia. zakładając, że artysta ukarze wszystkie elementy w jednakowym świetle, ostrości oraz w jednym planie odbiorca nie dostrzegłby celu autora a przekaz nie byłby czytelny z powodu braku dominanty. zauważyć można zatem, że owa wyższość wyodrębnionego szczegółu może być poparta każdą dziedziną sztuki. również architektura wnętrz pozwala nam poprzeć wyżej postawioną tezę, ponieważ znajdując się w pomieszczeniu, w którym wszelkie komponenty danego pomieszczenia tj. meble, czy detale dekoracyjne posiadają jednakową barwę, czy zbliżone kształty odbiorca nie będzie zainteresowany, nie mówiąc już o wpływie danego wnętrza na samopoczucie. żyjemy w świecie pełnym przedmiotów, detali oraz w świecie, w którym ceni się to, co przykuwa naszą uwagę. zatem, czy możliwym byłoby otaczanie się elementami jednobarwnymi, o podobnej budowie oraz ludźmi o podobnych charakterach, upodobaniach, czy wyglądzie? jedynie to, co wyróżnia zarówno ludzi, jak i rzeczy z jednolitości uzyskuje dominację, dzięki czemu środowisko, w którym żyjemy staje się ciekawsze oraz przyjaźniejsze dla naszych odczuć nie tylko wizualnych, ale i emocjonalnych.
sto czterdzieści sześć.
5 styczeń 2009
1. rób to, co kochasz. kochaj to, co robisz.
2. każdy dzień jest najważniejszym dniem twojego życia.
3. pozwól sercu sprzeciwić się logice.
4. najwspanialsi ludzie nie mieszczą się w kanonach.
5. nie wierz w obietnice, które nie mogą być dotrzymane.
6. ucz się czegoś nowego. nauczaj tego, co sprawdzone.
7. nie próbuj naprawiać tego, co nie jest zepsute.
8. jesteś tym, kogo z siebie tworzysz.
9. nie przestawaj marzyć.
10. odnajdź siebie, zanim uświadomisz sobie kim chciałbyś być.
11. przebaczaj, ale nie zapominaj.
12. twoja historia nie zawsze potrzebuje początku i końca.
sto czterdzieści pięć.
3 styczeń 2009
myśli o nim. o mnie. o greckich korzeniach. najpiękniejszych nazwiskach i o przyszłości mojej najbliższej. paranoja. to nie ja chyba. zaczynam bać się zaangażowania. mimo to chcę.
sto czterdzieści cztery.
2 styczeń 2009
‘w życiu chodzi czasem o to, by być niemożliwym‘. dlatego nie zmienię nic. zgodnie z postanowieniami noworocznymi zostanę tym, kim jestem w tym samym otoczeniu. chcę tylko mieć siłę, by trochę powalczyć, bo jest o kogo. ale o nim innym razem. impreza pierwszej klasy. wspaniali ludzie. dobra muzyka. whisky z colą i sytuacje, które pozwoliły uwierzyć we własne szczęście.
z anią.

z waw.

z chłopakami (krzysiu, ja, piotruś, tadziu).

jest i hit pani gospodarz.
sto czterdzieści trzy.
30 grudzień 2008
nadszedł czas na postanowienia noworoczne. po pierwsze, nie zmienię niczego. będę oddychać w takim samym tempie i tym samym powietrzem. Ci sami ludzie będą wypełniać mój czas i będą dla mnie tak samo ważni, jak dotychczas. będę się starać o to samo, na czym teraz mi zależy najbardziej w świecie. każdy dzień będzie jednakowo wyjątkowy jak te, które spędziłam w breslau. będę nawet wykonywać te same czynności i odczuwać te same emocje. tyle, że będzie to dwutysięczny dziewiąty. i tyle.
wszystkim bliskim i dalszym też, życzę przede wszystkim wiary we własne sukcesy. uśmiechu jeszcze nadmiar i odrobiny optymizmu chociaż. a sobie cierpliwości, bo niecierpliwym jestem człowiekiem bardzo.
sto czterdzieści dwa.
28 grudzień 2008
święta i po świętach. wyjątkowy spokój. aż nie chciało się wyjeżdżać z opola. chyba po raz pierwszy tak bardzo kusiło mnie, żeby jeszcze zostać. teraz siedzę sama na tęczowej i do tego od pół godziny mam wrażenie, że moja głowa eksploduje. nieprzyjemne uczucie. jutro biorę się do pracy. projekty. rysunki. notatki. bla bla bla.
sto czterdzieści jeden.
19 grudzień 2008
wesołych. spokojnych. ciepłych. rodzinnych. niepowtarzalnych i pełnych niezastąpionej atmosfery. a szczęśliwego nowego będzie później.
sto czterdzieści.
16 grudzień 2008
im intensywniej szukamy substytutu tym bardziej brakuje nam oryginału. fenomenem są dla mnie Ci, którzy potrafią żyć bez powietrza. oddychają siłą woli, bo wiedzą jaki jest skutek starań. wypalanie samej siebie następuje właśnie teraz, gdy tak bardzo chcę zachłysnąć się świerzością powietrza. mimo to te myśli są dla mnie eterem. odpływam, wzrastam wobec reszty świata i chcę. chcę nadal dusić się brakiem tlenu.
sto trzydzieści dziewięć.
12 grudzień 2008
kolejna noc w bezsenności. ci sami obcy ludzie, których widuję tam za każdym razem. ten sam alkohol. jednakowo dobra muzyka. inne rozmowy i inne doznania. cytując paulę ‘coś się już skończyło’. jakiś etap. niedomówień i szeptów. zaczęły się dyskusje, na które nadeszła już najwyższa pora. pozytywne lenistwo do czternastej i oczekiwanie na kolejny, pełen zaskakujących zwrotów akcji wieczór. jutro opole. tęsknię za mamą. jestem przecież dzieckiem.
sto trzydzieści osiem.
10 grudzień 2008
rarytasy. gołąbki na obiad i dwugodzinne oglądanie telewizji. z czasem codzienne czynności sprawiają większą radość. mija kolejny dobry dzień.
sto trzydzieści siedem.
7 grudzień 2008
maksymalny spontan. miał być snowboard w polsce a była praga. tulip cafe. niezapomniane doznania i masa radości z całego dnia. 560 kilometrów przejechane by poczuć coś nieosiągalnego i być z kimś, z kim mogłabym spędzać każdą minutę. chcę jeszcze raz! spacerować ulicami, które widziałam po raz pierwszy i napotykać przypadkiem ludzi, którzy wcale nie wydają się być obcy (przy tym pozdrawiam pana ze sklepu z winylami). powracam myślami do praha spontan tour 08′.
sto trzydzieści sześć.
2 grudzień 2008
bo jesteśmy dziećmi. niedojrzałymi, którym zależy na zabawie. na szaleństwach swojego wieku i spełnianiu pragnień, o których ‘dojrzali’ juz zapomnieli. tak, pijemy alkohol i poznajemy masę podobnych do siebie ludzi. nie kreujemy się na ludzi starszych, niż jesteśmy i wiesz co? dobrze nam z tym. nie zmienię się, bo tak chcesz. nie powiem Ci, że zazdroszczę Ci dojrzałości, bo tak nie jest i wiesz co jeszcze? przekazuję Ci masę współczucia. najwidoczniej Twoje życie nie pozwoliło Ci na bycie dzieckiem.
sto trzydzieści pięć.
28 listopad 2008
bezsłownie. beznamiętnie. bez opamiętania.
sto trzydzieści cztery.
24 listopad 2008
myśli w bańkach mydlanych. takich marzeń bańkach, od których ciężko się uwolnić. cała zamknięta jestem w bańce. marzeń bańce. czas byś przywrócił mnie do rzeczywistości. szpilką. realizmu szpilką.
‘jak frytka się zetnę w oleju i spalę się skrętem do szczętu’. wyśpiewał czesław.
sto trzydzieści trzy.
21 listopad 2008
przyjaźń między mężczyzną a kobietą? szukam sensu. zagłuszam wątpliwości. niecierpliwie szukam rozwiązania. obawiam się. a może właśnie o to chodzi? żeby poczuć coś nowego. nauczyć się milczenia. pokonać uczucia. uczucia nie do przyjaciela. uczucia do mężczyzny.
sto trzydzieści dwa.
16 listopad 2008
i pada deszcz. słucham. patrzę. myślę. pragnę. rozpraszam się w czasie. objęłam panowanie nad chwilą i myślą, która nie gaśnie wraz z upływem sekund. minut. godzin. dlaczego pada? bo wtedy milczenie staje się piękniejsze. czego słucham? otaczającej mnie ciszy i patrzę na nią i myślę o niej i pragnę. tego, bym nie musiała dzielić jej sama. tym jest tęsknota.
jeszcze pare miesięcy temu na pytanie, czy może być tak harmonijnie, odpowiedziałabym: ‘w moim życiu nie ma harmoni. jest chaos i nieporządek. pochopne decyzje i masa nierozstrzygniętych spraw. hałas i gwar myśli kotłujących się w mojej głowie’. dziś jest duży spokój. mimo czasu biegnącego coraz to szybciej jest tak, jak chcę by było. nie zamykam oczu nie wyjaśniając sobie tego, co powinno być rozstrzygnięte. nie zasnę z myślą, że dzień nie powinien być zakończony. kiedy nie wszystkie słowa zostały wypowiedziane i nie każda potrzeba zaspokojona. na dziś zrobiłam już wszystko. kładę się ze świadomością, że dzień jest udany.
sto trzydzieści jeden.
12 listopad 2008
oczekiwane. aczkolwiek niespodziewane. sprzeczności. różnice. podobieństwa. chaos i porządek. nowy czas. mam dziewiętnaście lat i trzydzieści jeden dni. w sam raz, by postawić kropkę i rozpocząć pisanie kolejnego rozdziału. kropkę dopisał ktoś. nie ja.
sto trzydzieści.
10 listopad 2008
z sekundy na sekundę chwile nasycają się optymizmem.
sto dwadzieścia dziewięć.
27 październik 2008
jest strasznie nieosiągalnie. jakbym nie potrafiła dotknąć własnych chwil. cholernie niewiarygodny pozytyw. jestem ja. jest on. są setki zbieżności i motywujące niedopowiedzenie. nie potrafię ukształtować słowa, które mogłoby to opisać. moja tajemnica.
sto dwadzieścia osiem.
22 październik 2008
wybiła godzina szesnasta. leżę w łóżku bez jakichkolwiek chęci do podniesienia odwłoku. boli mnie gardło i odczuwam delikatną potrzebę skonsumowania śniadania. to jednak wymaga samozaparcia, albowiem kuchnia znajduje się za ścianą a przejście do niej w tej chwili jest nielada wyzwaniem. nie mam dziś głowy do podejmowania wyzwań. do niczego nie mam głowy i moja głowa też jest do niczego. pogoda też nie sprzyja. pada jakaś niemrawa mrzawka i cały dzień jest szaro i pewnie jest zimno. to chyba wszystko jeśli chodzi o mój stan fizyczny a dokładniej o proces rozkładu, jakiemu teraz ulegam. ciężej jest z moim wnętrzem. nie potrafię pozbierać myśli. wszystko dzieje się bardzo szybko. z godziny na godzinę coś się zmiania a ja nie nadążam. stąd to dzisiejsze lenistwo. muszę poukładać myśli i zrobić coś w końcu dla siebie. trochę egoizmu nie zaszkodzi a wręcz przeciwnie, biorąc pod uwagę ostatni czas, kiedy wypruwałam z siebie flaki a ujrzałam za to środkowy palec. koniec z tym. niech żyją leniwi egoiści!
sto dwadzieścia siedem.
6 październik 2008
ludzie. to chyba podstawa naszego świata. nagle zauważyłam ilu ich jest i jacy są. cudowni, ale nie idealni. czyli tacy, jakimi być powinni. nie mam czasu na rozmyślanie o tym, co mnie trapi i to jest dobre. żyję szybko. w pośpiechu i braku monotonii, której wcześniej odczuwałam nadmiar. odczuwam pełnię, ale i tęsknotę. niestety świat skonstruowany jest tak, że by zyskać jedno, trzeba zaniedbać drugie i mam żal do siebie. o to właśnie zaniedbanie. mam nadzieję, że te osoby, o których mowa zrozumieją lub chociaż postarają sie pojąć. czuję się bardzo odpowiedzialna za kogoś, kto jest mi bliski. wczoraj przekonałam się, że bardziej mi na nim zależy, niż się tego spodziewałam. doświadczenia uczyły mnie, że szczerość rani. wczoraj szczerość narodziła pozytywne emocje. zatem wszystko się zmienia. wewnątrz i na zewnątrz. oprócz zmian w mojej głowie zmieniło sie otoczenie. każde miejsce jest nowe. twarze ludzi mijających mnie na przystanku i emocje. przepełnia mnie energia. nie odczuwam zmęczenia.
czas na pozdrowienia:
-dla mojej nowej kuzynki, współlokatorki i słuchaczki.
-dla mojego anioła stróża, za którym tęsknię, choć nie jestem w stanie wyrazić tego, jak bardzo.
-dla bombla, bo jest teraz, gdy tego potrzebuję.
-dla człowieka, który jest w moim życiu i sercu obecny od bardzo dawna, lecz z każdym dniem poznaję go na nowo.
-dla ekipy z grunwaldu i żeromskiego, za cudownie spędzone imprezy:)
-i dla osoby, która stała się mi bliska, gdy wyjechałam, bo tęsknota rodzi nowe, mocniejsze uczucia.
sto dwadzieścia sześć.
18 wrzesień 2008
ogólne zwątpienie. ja mam świadomość własnej siły. niestety niewielu podziela moje zdanie. ciągłe wpieranie mi, że sobie nie pordzę mnie dobija. pod ciężarem setek zarzutów uginają mi się nogi. nie mam siły by wstać właśnie teraz, gdy potrzebuję wiary i samozaparcia. paradoksalnie wspierają mnie jedynie ci, którzy są mi obcy. nie ci najbliźsi. beznadziejna sytuacja – życie w świecie, gdzie posiadanie przyjaciół jest karane. przyznaję się do winy, ale nie zamierzam przepraszać. nie.
sto dwadzieścia pięć.
28 sierpień 2008
są takie sny, które przenikają w sferę rzeczywistą. takie podsumowanie porannych rozważań. i to tyle jeśli chodzi o sprawy mniej doczesne, mające obecnie miejsce w moim życiu. jestem coraz bliżej przeprowadzki. na dniach wyjaśni się sprawa mieszkania i już. jedną nogą będę w breslau. miłe doznanie w porównaniu do stresu związanego z poszukiwaniem lokum, jaki przeżywałam w ostatnim czasie. za mało czasu na to wszystko. napiszę, gdy druga noga postanie tam, gdzie będzie moje nowe miejsce.
sto dwadzieścia cztery.
14 sierpień 2008
-co ty pieprzysz? że niby było cudownie i nie chciałaś wracać? przecież to nie twoje miejsce i nie twoi ludzie. tylko czas by to wszystko pokochać należał do ciebie. no tak. było tam wszystko, czego potrzebowałaś by zaznać szczęścia. słońce, morze, góry, dobry alkohol, nocne spacery i on. czekający tam, gdzie pozostawiłaś go rok temu o tej samej porze. ten, z którym spotkania nie powinny się nigdy kończyć i ten, o którym myśleć będziesz zawsze. w ten sam niezmienny sposób. byli jeszcze inni. oni też pozostaną w twojej głowie na długo. za dużo ich łączy z twoim miejscem. bo to już chyba twoja przestrzeń, nieprawdaż?
-prawda. pieprzona prawda.
to taka tęsknota, która powraca wieczorami. taka, która ścieka po policzku i każe wracać pamięcią do każdej chwili. to ona nasuwa głupie myśli o północach i falach obijających się o nasze nogi.
sto dwadzieścia trzy.
24 lipiec 2008
nadinterpretacja słów. gestów. zachowań. taka moja głupia cecha. każdy przecinek i brak kropki odbieram, jako znaczący fakt. jakby mówił o ludzkich intencjach. cechach i stosunku do mnie. taka cholerna przypadłość, zabierająca czas, który powinnam przeznaczyć na myśli bardziej pożyteczne. gorszą jednak konsekwencją tego jest błędna analiza ludzi, bo to co dla innych jest detalem, dla mnie przybiera siłę tsunami. mądry człowiek zapytałby ‘po co?’. ja odpowiedziałabym ‘taka moja pieprzona natura’. a tej nie łatwo pojąć. może jednak ktoś podejmie się wyzwania? proszę tylko mądry człowieku – nie nadinterpretuj moich słów.
od jutra będę tam, gdzie fale obijają się o nabrzeże a ludzie tworzą aurę charakterystyczną dla arkadii. bo to jedno z tych miejsc. wrócę, gdy poukładam swoje życie od podstaw po detale.
sto dwadzieścia dwa.
4 lipiec 2008
zastanawia mnie istota życia człowieka. ponoć człowiek żyje dla zbawienia, ale czy ktoś dał nam na to jakikolwiek papierek? no właśnie. zatem opcja numer jeden odpada. może dla kasy? fakt – źle się bez niej żyje, ale czy można ją uznać za priorytet? z resztą – co mu z tej kasy, jak i tak w końcu ktoś stanie nad nim i ogłosi wszem i wobec, że nastąpił zgon. zatem to z pewnością nie dla mnie. to może miłość? to jest cudowna wizja przesłodzonego świata. żyjmy, by być kochanymi! o tak, a później na własne życzenie zamieszkajmy w pokoju z miękkimi ścianami. jak to uczucie cholernie wykańcza człowieka. chodzi jakiś taki jakby nieobecny i co ma z tego? no właśnie. gdy już dobiegnie do mety i pobije rekord w częstotliwości zamartwiania się ‘jak to dalej z nami będzie’ to chwilę posapie i dojdzie do wniosku, że jedyne co na tym zyskał to spalone kalorie. okrutne, choć prawdziwe.
a teraz proszę cię – popatrz mi prosto w oczy i powiedz, że się mylę. że moja wizja miłości to mit, który jesteś w stanie obalić.
sto dwadzieścia jeden.
30 czerwiec 2008
matura. matura. i po maturze. naprawdę pozytywne uczucie. ten cały stres. te niepotrzebne nerwy i masa niepewności. to wszystko już za mną. jestem zaskoczona pozytywnie. jak widać lepiej nie wierzyć w wygraną by potrafić ją docenić z całego serca. to jest naprawdę udany dzień. mam nadzieję, że tak już będzie. bez ciśnień i porażek. pisząc to mam na myśli te upadki, po których trudno jest stanąć na nogi, bo te małe nas dopingują. sprawiają, że żyjemy ceniąc pozytywy i żyjemy pewniej. tak przecież jest. mam masę planów. na następną godzinę, dzień i miesiąc. jednak najwięcej oczekuję od dalszej przyszłości. dalszej? mam na myśli etap, który rozpocznie się za równiutkie trzy miesiące. mam zatem jeszcze tyle czasu by myśleć nad tym, co zrobić ze swoim zyciem, by nie żałować ani jednej minuty i nie zmarnować ani jednego oddechu. bo na to nie mam czasu.
dziś trzeba odreagować. przy bezalkoholowym.
sto dwadzieścia.
18 czerwiec 2008
niestety. często bywa tak, że niemalże wypruwamy z siebie flaki, żeby okazać komuś, jak bardzo nam na nim zależy. jeszcze częściej jest tak, że nie dostajemy nic w zamian oprócz świadomości, że nie osiągnęliśmy obranego celu. bolesne, choć prawdziwe. na szczęście są ludzie, którzy nie wymagają od nas maksymalnego poświęcenia a mimo to widzą, jak bardzo ich potrzebujemy i jak bardzo jesteśmy potrzebni im. ludzi, o których mowa nie ma teraz przy mnie. niektórzy są daleko. niektórzy nieco bliżej. i mimo, że są przy mnie mentalnie, bo łączą nas więzi duchowe, potrzebuję tego, by mnie przytulili i wyszeptali do ucha słowa ‘kochanie, będzie dobrze. musi być’. tak, bo robią to za każdym razem, gdy upadnę i nie potrafię się podnieść. i wiem, że oni czytając to lub nie – wiedzą, że to o nich mowa i to za nimi właśnie tęsknię.
sto dziewiętnaście.
12 czerwiec 2008
mówi się, że muzyka której słuchamy określa stan w jakim się obecnie znajdujemy. czuję się zatem feelin’żankowo. mega pozytywne uczucie. dobrzy ludzie. dobra muzyka i swoboda. swoboda oddechu i możliwość powiedzenia tego, co grzęzło w gardle od czasu, którego nie jestem w stanie dokładniej określić. długo. i tyle wystarczy. zastanawiam się też nad sensem. sensem tego, co z góry skazane na porażkę. na tym chyba jednak polega moja skomplikowana natura. wciąż próbuję wiedząc, że cel nie zostanie osiągnięty. będę nieustannie stawać na palcach i wyciągać ręce w górę, choć gwiazdy nigdy nie będą w moim posiadaniu. będę wykrzykiwać to, co czuję wiedząc, że i tak nikt mnie nie słyszy. bo człowiek skonstruowany jest by walczyć. walczyć o siebie, jak nakazują mu instynkty. wracając jednak do ludzi – było naprawdę pozytywnie. dziś też musi być (i to powiedziała wierząc w zwycięstwo polaków nad austriakami).
średnia jakość, ale nie o to tu chodzi.
(feelin’żanka).
sto osiemnaście.
7 czerwiec 2008
mam wykształcenie średnie. zakończyłam szkołę średnią, zatem wczorajszy dzień rozpoczął dwudniowy maraton pożegnalny. najpiękniejszy był poranek. mniej więcej o godzinie czwartej rano, gdy niebo zaczynało nabierać barw innych, niż brunatna. pozytywne zmęczenie. łzy śmiechu. i lekki żal, że od dziś może tego brakować. z dnia na dzień coraz bardziej. choć dotychczas były same ‘ale’. dziewiętnaście godzin z tymi ludźmi – wystarczająco by wspomnieć chociaż te najwspanialsze chwile. w tym wyjątkowo sielskim miejscu i z taką ilością procentów, by otwierały umysł. ani minuty snu. brak zastrzeżeń do czegokolwiek. tak nie było już dawno. a czy kiedykolwiek było? nie było tylu sprzyjających niespodzianek – mam na myśli pojawienie sie osób, których obecności nikt nie smiał się spodziewać. żadnych afer. brak jakichkolwiek trosk o cokolwiek. ale standardowo utonęły w basenie dwa telefony. tym też nikt nie zaprzątał sobie głowy. ważne były te momenty.
sto siedemnaście.
1 czerwiec 2008
słuchaj. mam ze 120 dni wolnego. masę planów i trochę mniej pomysłów, jak to wszystko zrealizować. chcę dokonać rewolucji. zupełnie bezkrwawej i nie wymagającej ofiar. chcę przewrócić wszystko do góry nogami, ale ty już to wiesz. mam ku temu wystarczająco dużo motywacji i samozaparcia. potrzebuję tylko ciebie, bo przecież musisz być przy mnie, żebym poradziła sobie ze wszystkim. ale co do tego nie mam wątpliwości, bo przecież jesteś zawsze. w tej chwili potrzebuję od ciebie tylko pozytywnego myślenia. musisz mi mówić, że będziesz nadal i że będziesz walczyć, żeby być w tym stanie, w jakim znajdujemy się od tych pieprzonych trzynastu lat. niedługo będzie czternaście, wiesz? nie mów mi proszę, że się nie uda. nie powtarzaj wciąż, że pewnie nie będziesz tam, gdzie chcesz być. będziesz. gdziekolwiek byś nie była, będzie to twoje własne miejsce i ja też tam wtedy będę.
sto szesnaście.
28 maj 2008
powiedział: ‘żyj dla siebie. nie dla innych. chociaż ponoć na tym polega miłość, by dzielić z kimś swoje życie’. chciałabym tak móc. nie zważać na tych, którzy stoją obok. nie obracać się za siebie, gdy mnie wołają. nie wierzyć bezustannie w ich obietnice, które nigdy nie zostaną dotrzymane. nie wycierać im łez, gdy płaczą i nie uzależniać swojego życia od pieprzonych uczuć żywionych do nich. ale nie jestem tym typem człowieka. lubię, gdy stoją obok i trzymają mnie za rękę. nie potrafię patrzeć tylko przed siebie, bo takie życie byłoby nic nie warte. zawsze sprawdzam, czy aby na pewno nadal są tam, gdzie widziałam ich po raz ostatni. nie potrafię uznać ich słów za fałszywe, gdy obiecują spełnienie marzeń i może dzięki nim dążę do osiągnięcia upragnionego celu. zawsze nadstawiam garść, by złapać smutek ściekający powoli po ich policzkach, bo uważam to za wartość. czy jestem przez to złym człowiekiem?
125 dni do rozpoczęcia na nowo.
sto piętnaście.
14 maj 2008
wdech.
oliwkowe ściany. masa zdjęć budzących uśmiech. wygodne łóżko. na nim jedenaście poduszek. ulatniający się z głośników kojący głos marii peszek. miska marchewki z groszkiem na obiad. niekończące się rozmowy o tym i jeszcze tamtym. spotkania z tymi, którzy są i zawsze będą. leniwie sączące się z latarni światła miasta. znajome twarze obcych ludzi. tost i kawa na początek dnia. pozytyw ukryty we łzach tęsknoty. spacery w centrum nocy. radość z każdego napotkanego człowieka. nieustanne poznawanie każdego zakątka. nieustanne poznawanie siebie.
wydech.
sto czternaście.
10 maj 2008
wczoraj było dobrze. byli właśnie Ci ludzie, którzy powinni tam być. było to miejsce, które nie mogło być zastąpione żadnym innym i tyle alkoholu, by się czuć. czuć jakkolwiek, ale pozytywnie. obcy człowiek uświadomił mi, jak wielka jest we mnie dychotomia. jestem inteligentna, ale durna. może coś rzeczywiście w tym jest. ale powiedziałam dużo. powiedziałam mu podczas rozmowy to, o co nikt nie pyta. swobodnie wypowiadałam własne opinie, przeplatane alkoholowym bełkotem. to było dobre. dziś też jest dobrze. świeci słońce a w głowie gromadzą się te pożądane myśli. te wspomnienia, które wróciły wczorajszego długiego wieczoru. zupełnie przypadkowo i spontanicznie. tak, jak lubię. lubię też, gdy ktoś się o mnie troszczy. mam poczucie, że jestem dla paru jednostek istotna. mam na nich jakiś wpływ a oni na mnie. na tym polega ta troska. piszę o piętnastu rzeczach naraz. chyba tyle wątków plącze się po mojej głowie. jest sobotnie popołudnie. nie ma planów na dziś. a to żadkość. dziwne uczucie, ale jest to jakaś odmiana wolności. jestem wolna od chorobliwego szacunku dla chwil, bo nie wiem, co zrobię za siedem czy trzynaście minut. popatrzę może na to śłońce, które czyni dzień dobrym.
sto trzynaście.
5 maj 2008
odhaczam pozycję numer jeden z listy. pozostaje nadal sześć. trzy pisemne i trzy ustne. ostatnie podpunkty przerażają mnie najbardziej, ale nie warto martwić się na zapas, czego dziś miałam dowód. nie było tak tragicznie, jak przeczuwałam, choć nie jestem stuprocentowo pewna, co do powodzenia dzisiejszego przedsięwzięcia, jakim było przelewanie wypocin na arkusz. wszystko się okaże. niestety dopiero za dwa miesiące. spędzę dwa kolejne miesiące na rozkminianiu, z pożartymi przez lęk i obawy wnętrznościami. długo. za długo. ale żeby trochę poprawić atmosferę, jaką tu wprowadziłam – zagadka: jaki numer miejsca wylosowałam na maturze z polskiego? (odpowiedź: trzynaście). jakby nie było wystarczająco groteskowo.
przy okazji rozpisywania się o maturze: dziękuję za miłe słowa otuchy i w ogóle uspokajanie mojej rozbuchanej wyobraźni, doprowadzającej mnie do przedmaturalnej, ostro posuniętej depresji.
sto dwanaście.
1 maj 2008
trzy pieprzone dni do matury. dotychczas zero stresu. żadnych pesymistycznych myśli. wręcz przeciwnie. boję się, że bonanza dopiero się zacznie. ale teraz panuje zupełny chillout. najbardziej wpłynął na to efekt przedmaturalnego rozprzężenia, czyli tak zwane ‘przecieki’.
przykładowe zadania z geografii:
zad1. jaki wpływ mają deszcze w południowej azji na dorożkarstwo we francji?
zad2. analizując fazy księżyca, oblicz procentowy udział kolumbii w wytwarzaniu kokainy.
przykładowe zadania z matematyki:
zad1. robotnik wykonuje swoją pracę w ciągu 4 dni i 5h. pijany robotnik tę samą pracę w 7 dni i 8h. na budowie pracuje 7 robotników i 1 majster nadzorujący. majster przychodzi trzeźwy na budowę co 3 dni a do sklepu monopolowego jest 13 minut biegiem. oblicz zysk sklepu monopolowego wiedząc, że budowany dom jest dwukondygnacyjny.
czyż nie jest to cudownym patrzeć, jak wyobraźnia przyszłych maturzystów się rozwija? mnie to osobiście cieszy, ponieważ widzę rosnący dystans do całego przedsięwzięcia, jakim jest ‘egzamin dojrzałości’, który w rzeczywistości mało ma wspólnego z dociekaniem, czy dany delikwent przebył drugą drogę dojrzewania, czy też zatrzymał się na pewnym jej etapie. sądzę, że w dobie rozwoju i poszerzania ludzkich horyzontów, choćby poprzez możliwość wyjazdu na stałe z kraju, jest tak wiele możliwości wyboru ścieżki życiowej, że matura przestała być takim priorytetem, jakim była dotychczas. może ma to pejoratywny wpływ na efekt końcowy egzaminu, czyli na wyniki, ale skoro rozprzężenie umysłowe dotyczy wszystkich to z pewnością progi minimalne na wszystkich uczelniach spadną w dół. zatem szansę na dobre studia mają wszyscy jednakową. a wszystko dzięki rosnącej wyobraźni maturzystów. chciałam napisać teraz – ale dość już o maturze… ale o czym tu pisać na trzy dni przed?
sto jedenaście.
25 kwiecień 2008
obudziłam się. na zegarku była 08:30. mniej więcej. dotychczas o tej porze byłam w szkole. dziś przeciągnęłam się trzy (no może cztery) razy i dopiero wstałam. wyszłam, by poczuć zapach słońca i wróciłam na śniadanie. dostałam wiadomość od chorwackiego znajomego, co wywołało niekontrolowany uśmiech na mojej twarzy. następnie zrobiłam… nic. zupełnie nic nie zrobiłam. usiadłam do komputera i patrzę przez okno, jak słońce odbija się od ponurych, ludzkich twarzy. mój nastrój zdecydowanie różni się od nastrojów ludzi, którzy w pośpiechu zmierzają do pracy, szkoły, bądź kościoła.
wieczorem prawdopodobnie ostatnie spotkanie w naszym składzie. cała llla, która już się kończy. pożegnań nie lubię najbardziej.
sto dziesięć.
23 kwiecień 2008
dziś oficjalnie zakończyłam edukację w szkole średniej. tzn. nie do końca oficjalnie, bo w czerwcu czeka mnie zakończenie z tak zwaną pompą. ale rewelacji się nie spodziewam, bo skoro nasz rocznik odchodzi to w szkole nie pozostaje nikt równie kreatywny jak my. zatem pewnie będzie lipa. ale niczego więcej i tak się po tej szkole nie spodziewam. wystarczy szopka, jaką odstawili Ci, na których najbardziej polegałam. na myśli mam oczywiście nauczycieli, którzy nie tylko złamali obietnice, ale również wykazali się zupełnym brakiem jakichkolwiek oznak szacunku w stosunku do swoich ‘wychowanków’. odejdę z tej szkoły, po sześcioletniej edukacji bez jakiegokolwiek żalu. a wręcz przeciwnie. łącznie w czasie matur spędzę tam siedem dni i obym nigdy więcej nie miała potrzeby przebywania tam choć przez jedną minutę. chyba, że odwiedzając tych, którzy okazali się ludźmi. czyli tych, którzy wzbudzali we mnie największy lęk. kolejny raz przekonałam się o tym, że lepiej żyć z kimś w konflikcie, by na końcu zobaczyć w tej osobie kogoś naprawdę bliskiego, niż zawierzyć komuś tak mocno, by później zostać zgnojonym.
sto dziewięć.
21 kwiecień 2008
życie, jako priorytet sam w sobie. kolejna noc spędzona na analizowaniu. doszukiwaniu się sensu i staraniu się pojąć. była to próba odnalezienia odpowiedzi na pytanie, które nie zostało nawet postawione. próbowałam pojąć cokolwiek. te, mogłoby się wydawać bezsensowne myśli, pozwoliły mi na dojście do jednego, choć bardzo znaczącego wniosku. nie odnalazłam swojego celu. jest ich na ową chwilę tak wiele, że zaczynam się gubić. nie wiem, co jest priorytetem. nie potrafię uszeregować ich wedle ich wagi. zakończenie szkoły z jakimkolwiek, ale godziwym wynikiem. zdanie matury tak, bym sama dla siebie czuła się usatysfakcjonowana. wyjazd. rozpoczęcie kolejnego etapu edukacji. twórczość pseudoartystyczna. jakaś stabilizacja. czerpanie z otoczenia tego, co mi sprzyja. nie wyrobię. gubię się. jednak z drugiej strony takiego chaosu mi trzeba. takiej niepewności. człowiek żyjący w warunkach niemalże pedantycznych. mający klaustrofobiczną przestrzeń życiową. jedynie na wyciągnięcie rąk, by się przypadkiem nie zgubić. taki właśnie człowiek pragnie nadmiaru powietrza. tak, by się zachłysnął i poczuł, że doczesność wcale nie była taka zła. aby troszkę za nią zatęsknić i chcieć do niej wracać. postawić krok w przeszłość, by ją zaakceptować i zrobić dwa kroki w przyszłość. z nadzieją, że będzie lepsza.
sto osiem.
19 kwiecień 2008
co bym zmieniła, gdybym mogła cofnąć się parę lat w przeszłość? pytanie, które zadaję sobie niemalże każdego dnia i na które odpowiedź brzmiąca ‘nic’, utwierdza mnie w przekonaniu, że przeżywam swoje życie, tak jak powinnam. nie żałuję ani jednej nanosekundy. bo nie chcę żałować. nie podjęłam żadnej decyzji, której dziś (patrząc z perspektywy czasu), bym nie podjęła. nie wypowiedziałam nawet słowa, które dziś ugrzęzłoby w moim gardle. z czego to wynika? prawdopodobnie nie z tego, że nie dostrzegam swoich błędów, bo w rzeczywistości są one dla mnie bardzo widocznymi. uważam raczej, że powodem niechęci do zmiany czegokolwiek w tym, co już za mną, jest przekonanie o wielkości nawet najmniejszego czynu, gestu czy słowa. otóż podeprę się przykładem – gdybym nie przeżyła tego, co przysporzyło mi najwięcej bólu, nie potrafiłabym doceniać tego, co wywołało u mnie uczucia zupełnie przeciwne. oraz gdybym nie spotkała ludzi, którzy pozostawili po sobie jedynie negatywne wspomnienia, nigdy nie dowiedziałabym się, jakich ludzi powinnam unikać. nie potrafiłabym również patrzeć na siebie z dystansem, gdyby nikt wcześniej nie skierował w moją stronę słów krytyki. owe przekonanie o słuszności wszelkich wydarzeń, mających miejsce w moim życiu, pozwala mi czuć się szczęśliwym człowiekiem. bo przecież nim jestem.
sto siedem.
17 kwiecień 2008
zafascynowana nadchodzącym. osiem dni do końca szkoły średniej. czterdzieści jeden dni do ostatniego egzaminu maturalnego. sto sześćdziesiąt sześć dni do rozpoczęcia studiów. czas zapieprza. prawdopodobnie to jedyny moment, kiedy jestem mu za to wdzięczna. przecież ja kocham rewolucje. przemiany. metamorfozy i obawę przed nadejściem nowego. świeżego życia. gdzieś tam – blisko a jednocześnie wystarczająco daleko. tak daleko by zacząć z czystą kartą w papierowej teczce z własnym nazwiskiem. teczkę już kupiłam.
sto sześć.
12 kwiecień 2008
cholernie niecierpliwy ze mnie człowiek. robię wszystko od razu. często pochopnie i bez zastanowienia. ale w ten sposób chyba wyrażam swój szacunek dla czasu. najbardziej nieubłaganego z nieubłaganych. tego, który karze nam żyć w pośpiechu. kochać w pośpiechu. i jednakowo szybko umierać. tego, który karze nam cieszyć się każdą chwilą i podnosić się, gdy się potkniemy. przy tym nie pozwalając nam żałować żadnego upadku. ale czy czas mi to wynagrodzi? czy pozwoli mi cofnąć wskazówkę, gdy nie będę miała siły by wstać? czy pozwoli wykreślić pochopnie wypowiedziane słowa i zatrzyma się, gdy dźwięk będzie wydobywał się z krtani? i czy ostrzeże mnie, gdy będzie przychodził po raz ostatni? powinnam go nienawidzić za to, że ukrył przede mną tyle dobrych chwil. gonił mnie mimo, że prosiłam o postój. odwracał się, gdy tak bardzo go potrzebowałam. a mimo to szanuję.
sto pięć.
10 kwiecień 2008
drogi ***,
nigdy. przenigdy nie żałowałam żadnej decyzji. żadnego słowa. żadnego gestu. jednak żal do samej siebie pojawił się. nagle. niespodziewanie i w momencie, gdy jest on najbardziej niepożądanym uczuciem. nie potrafię być bierna. nie potrafię po prostu patrzeć i widzieć, jak przelewasz się przez moje palce. jak antymateria. nieosiągalny. chcę Cię złapać. nie puszczę. jedyne, co mogę obiecać – nie puszczę. choć tak bardzo boję się obietnic.
i tak wiem, że nie usłyszysz wykrzyczanego przeze mnie milczenia.
mimo to pielęgnuję absurd.
sto cztery.
8 kwiecień 2008
odosobnienie wzmaga wspomnienia. spędziłam dziś dość czasu sama, co przełożyło się na intensywność myślenia o tym i tamtym. przypominałam sobie o krótkich, niemalże urwanych momentach z mojego życia, które pobudziły we mnie emocje. zarówno te dobre, jak i te negatywne. wcale nie szukałam, a mimo to znalazłam w głowie obrazy, których nie chciałam pamiętać. znalazły się tam również treści przyjemne, które wywołały niekontrolowany uśmiech na mojej twarzy i poniekąd również łzy. były to jednak te łzy oczekiwane. chciane. a wręcz pożądane. bo na cóż innego można czekać, gdy nic nie sprawia radości?
sto trzy.
1 kwiecień 2008
dzień, jakich niewiele. zbyt ubogie są słowa, by opisać dzisiejsze uczucia. emocje. myśli. by opisać choć tego fragment. ba, choć sekundę. radość przychodzi wtedy, gdy najmniej się jej spodziewamy. miał to być dzień, jak każdy inny a stał się tym, co chciałabym przeżywać bez końca. minutę po minucie. dzień po dniu. może kiedyś to, czego pragnę stanie się rzeczywistością. codziennością. byłaby to codzienność ubrana w barwy tęczy.
sto dwa.
29 marzec 2008
nie było cię. a gdy już się pojawiałeś odbierałeś nadzieję. nagle uświadamiasz mi, że będziesz spędzał ze mną niemalże każdą chwilę. będziesz tak blisko, że odchodząc na krok nie będę potrafiła żyć bez ciebie obok. staniesz się lekiem na uzależnienie, czy mocniejszym narkotykiem?
sto jeden.
28 marzec 2008
a dziś nie napiszę nic. zero przemyśleń. zero konkretów. żadnych zmartwień i brak wyrzutów do siebie i kogokolwiek innego. pieprzę.
miłego wieczoru wszystkim.
sto.
24 marzec 2008
ponownie zaczytana w ‘tao kubusia puchatka’ b.hoff’a.
‘-przyszliśmy, żeby złożyć ci życzenia bardzo szczęśliwego czwartku. -rzekł puchatek, kiedy już wszedł i wyszedł kilka razy, żeby się upewnić, czy będzie mógł znów wejść.
-dlaczego? a co ma się stać w czwartek? -spytał królik.
i potem puchatek wyjaśnił, o co chodzi, a królik, którego życie składało się z samych ważnych rzeczy, powiedział:
-a ja myślałem, żeście przyszli naprawdę w jakimś celu.
posiedzieli troszkę i wkrótce potem sobie poszli. wiatr dął teraz z tyłu, więc nie musieli już krzyczeć.
-królik jest mądry. -powiedział puchatek w zamyśleniu.
-tak. królik jest mądry. -przyznał prosiaczek.
-i ma rozum. -rzekł puchatek.
-tak. królik ma rozum. -zgodził się prosiaczek.
nastąpiło długie milczenie.
-i myślę -ciągnął dalej puchatek -że on właśnie dlatego nigdy nic nie rozumie’.
dziewięćdziesiąt dziewięć.
23 marzec 2008
świąt ciąg dalszy. deficyt pozytywnej energii. brakuje kogoś do rozmowy. chyba muszę wybrać się na poobiedni spacer.
dziewięćdziesiąt osiem.
21 marzec 2008
myślami wciąż w gdańsku. ciałem tu. zamiast porządkować swoje życie, przygotowuję się do świąt, które wcale nie są świętami. święta są wtedy, kiedy czuję je w sercu i czekam na nie cały rok, by poczuć atmosferę. teraz czuję zapach barwników do jajek i ryb. fu.
zakochana w ich muzyce.
dziewięćdziesiąt siedem.
19 marzec 2008
powrót z gdańska. masa postanowień i planów dotyczących zarówno bliskiej, jaki i dalszej przyszłości. jednocześnie ulga i kojące oderwanie od codzienności. kolejne wolne dni spędzę na porządkowaniu tego, co już dawno powinno być w ładzie. narodziły się nowe perspektywy.
dziewięćdziesiąt sześć.
14 marzec 2008
mega pozytywny dzień. pokochałam to miasto z kolejnej perspektywy. dziś o 9:00 rozpoczął się mój bardzo długi weekend. trwać będzie łącznie ponad jedenaście pełnych dni. co daje 279h wolnych od szkoły. codzienności. zmęczenia monotonią.
dziewięćdziesiąt pięć.
10 marzec 2008
nie szukałam rozwiązania. przyszło samo. wraz ze słowami cioci róży.
(fragment książki ‘oskar i pani róża’ e.e. schmitt).
‘-jaki jest dziś dzień oskarze?
-co za pytanie! nie widzisz mojego kalendarza? dzisiaj jest dziewiętnasty grudnia.
-w moim kraju, oskarze, jest taka legenda, która mówi, że z ostatnich dwunastu dni roku można odgadnąć pogodę, jaka będzie panowała przez dwanaście miesięcy nachodzącego roku. dziewiętnasty grudnia odpowiada styczniowi, dwudziesty grudnia to luty, i tak dalej, aż do trzydziestego pierwszego, który zapowiada grudzień następnego roku.
-i to jest prawda?
-to jest legenda. legenda o dwunastu proroczych dniach. chciałabym, żebyśmy się w coś takiego pobawili. a zwłaszcza ty. od dzisiaj będziesz bacznie obserwował każdy dzień, mówiąc sobie, że ten dzień to jakby dziesięć lat‘.
dziewięćdziesiąt cztery.
9 marzec 2008
niespotykane uczucie. satysfakcja z rzeczywistości. pieprzona marzycielka zeszła na ziemię i wcale nie chce wracać. po raz pierwszy czuje, że chce brać udział w tym, co dzieje się wokół niej. zero myśli o ucieczce. o beznadziei. o niespełnieniu. o niepowodzeniu. z minuty na minutę odczuwa większą radość. radość z tego, że się myliła. czasem warto popełniać tak wielkie błędy.
-w głowie: istvan zimbirowy. kapitan szprotka idzie do protka. projekty.
-w sercu: ulga. on.
dziewięćdziesiąt trzy.
28 luty 2008
coś się przełamało. jakaś bariera przestała istnieć. powietrze przestało być ciężkim a radość w sercu urosła do niespotykanych wcześniej rozmiarów. niby nicość a tak przepełniona szczęściem. piękny dzień dopełnia atmosferę. słońce biegające chaotycznie po pokoju. epidemia uśmiechu.
dziewięćdziesiąt dwa.
26 luty 2008
pozytyw w nawiasie pisany. około godziny 15 z minutami. obca ja. obcy on.
dziewięćdziesiąt jeden.
24 luty 2008
dziewięćdziesiąt jeden oddechów. dziewięćdziesiąt jeden marzeń. tęsknota za tym, co jeszcze nie nastało. chęć. pragnienie. potrzeba. spełni się, bo przecież nadal chcę wykonywać te dziewięćdziesiąt jeden oddechów.
terapia zakończona ze skutkiem pozytywnym.
dziewięćdziesiąt.
23 luty 2008
będzie czerwone półsłodkie i drinki na żołądkowej. filmy i długa noc. rozmowy o tym i jeszcze o tamtym i ulga, bo przecież tęskniłam. będzie przede wszystkim to, czego brakuje zawsze najbardziej. czas. cholernie mi tego trzeba. rano miłość do mineralnej niegazowanej.
amy winehouse – rehab.
osiemdziesiąt dziewięć.
22 luty 2008
pokochałam gdańsk i amy winehouse. tour bystrzyca-opole-warszawa-gdańsk się zakończył. niestety. chciałabym zostać dłużej. wszystko, co dobre szybko się… no właśnie.
w mojej głowie amy winehouse – wake up alone.
ps. mam imieniny.
osiemdziesiąt osiem.
17 luty 2008
powrót z bystrzycy. jutro warszawa. wtorek – gdańsk. nic więcej. zwie się to dezercją.
osiemdziesiąt siedem.
13 luty 2008
pieprzona marzycielka okazała się tchórzem. tak po prostu pakuje się i wyjeżdża. data 14 luty ją przeraża. tam gdzie będzie, czas się nie zmienia. tam nie będzie kogoś. siedzi teraz w gąszczu niemożliwie rozgałęzionych myśli, czekając na zbawienie. na ulgę. na niepamięć. słucha placebo. czuje się jak bohaterka tych opowieści. zafascynowana nostalgią.
osiemdziesiąt sześć.
12 luty 2008
nie będę pisać o tym, co przez ostatnie trzy dni pochłania mnie bez reszty, bo to nie pomoże w ucieczce od dręczących myśli. żadnych planów na dziś. w czwartek może bystrzyca? to miejsce zabiłoby wszystkie negatywne emocje. może snowboard? to jest chyba najlepsze wyjście.
osiemdziesiąt pięć.
10 luty 2008
opuściliśmy ten sen, by upijać się toksyczną rzeczywistością. czas nauczyć się wypowiadać swoje myśli, nim przekroczymy pewien próg. nie żałuję. niczego. ani tygodnia. ani dnia. ani godziny. nawet żadnej małej pieprzonej sekundy. za nie wszystkie dziękuję. za te dobre i te gorsze.
appreciate your experiences, because they can be your last.
osiemdziesiąt cztery.
8 luty 2008
świadomość wewnętrznego dobra. wczoraj przy okazji rozmowy z moją nową kuzynką (dość skomplikowane) zastanawiałam się nad tym, do jakiej kategorii jestem przynależna. ‘tych złych’ czy ‘tych dobrych’. skoro ludzie wzajemnie się szufladkują to dlaczego nie ułatwić im sprawy i zaszufladkować się na własną rękę? zatem szukałam w swojej osobie wyrazistych cech, które pomogą mi w odnalezieniu poprawnej kategorii. rozmawiałyśmy o tym z grażyną i doszłyśmy do wniosku, że najpierw staram się pomóc innym, później sobie. w momencie, kiedy te słowa zostały wypowiedziane, zupełnie nieświadomie przesunęłam się, żeby kobieta obok mnie miała miejsce. to był ułamek sekundy, kiedy bez większego zamiaru udowodniłam sobie, że jestem z ‘tych dobrych’. grażyna podsumowała ten moment słowami ‘to mógłby być kadr z filmu. genialne’. byłby to cholernie pokręcony film. z pieprzoną marzycielką w roli głównej.
osiemdziesiąt trzy.
4 luty 2008
po studniówce numer dwa. co za noc. dziękuję.
osiemdziesiąt dwa.
1 luty 2008
gods of fashion hate me. rzeczywiście jestem poważnie uzależniona od mody. kocham się w ten sposób wyrażać. jutro zakupy z muszką bardzo mnie to cieszy. później wystawa z moim ukochanym i wieczorem druga z kolei studniówka. oj będzie się działo.
myślę o skutkach wyprzedzających przyczynę. milionie w pudełku po butach i proroku.
osiemdziesiąt jeden.
29 styczeń 2008
są ludzie, którzy sprawiają, że świat staje się czymś pięknym. nieograniczającym mojej wolności. szerokim i niepoznawalnym zarazem. czynią moje życie utopią, jaka nie śni się realistom wpatrzonym w wizję rzeczywistości potwierdzonej dowodami. nazwanej od a do z. wręcz trywialnie pozbawionej niedomówień i tajemnic. to Ci ludzie pozwalają mi być tym, kim jestem. pozwalają mi marzyć i przenosić się w wymiar pozarzeczywisty. to oni dostarczają mi tlenu bym mogła kontynuować te życiodajne wdechy i wydechy. to oni podają mi codzienną dawkę uśmiechu i pozytywnej zadumy nad tym, co w życiu ważne.
d z i ę k u j ę.
osiemdziesiąt.
25 styczeń 2008
urodziny mojego lubego. wszystkiego najlepszego…
narkoleptyczka. stąpa mocno po ziemi. myśli racjonalnie. zajmuje się sprawami przyziemnymi. w jednej chwili zupełnie odstępując od rzeczywistości znajduje się w swoim własnym malutkim świecie pełnym niespotykanych zjawisk. myśli. emocji. słów. to ona, która tak bardzo nie chce czuć więzi ze światem. to ona, która niezrozumiale wciąż dąży do niemożliwego.
to
ona.
piep
rzo
na
ma
rzy
ciel
ka.
(*narkolepsja – zespół chorobowy objawiający się niepohamowanymi, napadowymi stanami senności, trwającymi zwykle około 10 – 20 min, najczęściej spowodowany silnymi emocjami).
siedemdziesiąt dziewięć.
23 styczeń 2008
magia. powtarzająca się melodia w mojej głowie. wręcz wypisane przed moimi oczami słowa. ta jedna linijka. parę słów. tak duże znaczenie i taki sentyment. chaotycznie przemieszczające się w mojej głowie myśli. o tym. o tamtym. o nim. o nas. o poranku. o nieprawdopodobnym momencie dzisiejszego dnia. o uczuciu. o kolejnych paru sekundach mojego życia. o naszych sekundach. magia.
siedemdziesiąt osiem.
23 styczeń 2008
recepta na udany dzień: zaspać na trzy pierwsze lekcje. zjeść dobre śniadanie. spotkać się z kimś ważnym. nie śpieszyć się na autobus. wejść do szkoły. przesiedzieć w szkole sześć godzin, myśląc o przyjemnych rzeczach. wrócić do domu. spędzić wieczór w miłym towarzystwie. położyć się spać w dobrym nastroju mimo zmęczenia.
postaram się postępować dziś zgodnie z receptą. trzy pierwsze punkty już zrealizowałam…
siedemdziesiąt siedem.
21 styczeń 2008
tak. dokładnie tak brzmi moje nazwisko i tak – idę z oskarem na studniówkę. czy komuś coś jeszcze nie pasuje?
grrr… co za dzień.
siedemdziesiąt sześć.
20 styczeń 2008
po studniówce. ciężki poranek. świetna zabawa. złożyło się na to kilka czynników – świetni ludzie (tylko jednej jednostki zabrakło). znośna muzyka. idealna ilość alkoholu oraz wizyta srextera. takie to było słodkie…
o 5:06 popatrzyłam na zegarek. wchodziłam wtedy do domu. nie wiem o której się położyłam. nie wiem kiedy zasnęłam. obudziłam się, gdy wybiła 13:20. niewyspanie. ból głowy. miłość do butelki mineralnej niegazowanej.
ps. ręka mnie boli. bieganie po śliskiej posadzce bez butów nie popłaca (siniak na ręce. aua).
siedemdziesiąt pięć.
17 styczeń 2008
co do związku pt. ‘srexter & srawurka‘ wszystko jest w jak najlepszej kondycji. tylko czasu zdecydowanie za mało. jak zawsze. nie ma za bardzo na co narzekać. nudy…
zadzwonił. nie wiem z jakiego pieprzonego powodu. po prostu zadzwonił. sytuacja dość niezręczna. przejdzie. minie. przecież kiedyś zapomni…
ogólna nostalgia. nie wiem, co ze sobą zrobić. srexter we wrocławiu. wszystkich wywiało. ja siedzę i niszczę negatywne uczucia, oglądając pokaz możliwości wokalnych muszki. szczerze wzruszające. takich chwil będzie brakowało najbardziej.
:*
siedemdziesiąt cztery.
12 styczeń 2008
1.pobudka (09:00).
2.spotkanie (09:20).
3.sesja (11:00).
4.śniadanie (14:30).
5.kino (16:00).
zaspałam. jak nigdy. w nocy chyba jednak trzeba spać. 10 minut po tym, jak zwlekłam się z łóżka przyszedł on. miły poranek. nie ukrywam. następnie cudowna sesja z muszką. dość stresująca, ale wiem, że efekty będą świetne. zawsze są. zapomniałam o śniadaniu. o 14:20 zorientowałam się, że jestem na czczo. są ważniejsze rzeczy, niż jedzenie. niedługo kino z nim.
czekają mnie dwie studniówki. nie sądziłam. miło się czasem pomylić.
siedemdziesiąt trzy.
11 styczeń 2008
zniknęły już te słowa. 4 pieprzone, tak bardzo ważne dla mnie słowa. jak wiele jeszcze stracę? może rzeczywiście ‘nasze’ wyobrażenia o tym, co jest i co może być były zbyt mało realne, ale czy to właśnie nie było w tym piękne? ta ucieczka od rzeczywistości i codziennej szarości. marzenia. oczekiwanie. niepewność.
wracam na ziemie, choć tak bardzo tego nie chcę. może już po raz ostatni z taką niepewnością czekam na wiadomość od Ciebie.
siedemdziesiąt dwa.
10 styczeń 2008
mentalna samodestrukcja. i wszystko zaczyna się na nowo.
rozkminiam.
siedemdziesiąt jeden.
9 styczeń 2008
zaskoczona. wprawdzie pozytywnie, ale mimo wszystko zaskoczona.
siedemdziesiąt.
9 styczeń 2008
zmęczona. zupełny brak siły do przedsięwzięcia czegokolwiek. potrzebuję odpoczynku. przede wszystkim psychicznego. wyciszenia mi trzeba. jednego dnia nicnierobienia. najchętniej przez ten jeden dzień spakowałabym to, co najważniejsze i wyjechała tam, gdzie tylko parę osób będzie mogło mnie znaleźć. pewnie byłaby to podróż w jedną stronę.
nikt by nie żałował.
sześćdziesiąt dziewięć.
3 styczeń 2008
nie lubię poniedziałków. zbyt gorącej kawy. dżemu brzoskwiniowego. pająków. deszczu, gdy jest zimno. przeciętności. boje się samotności. tak, chyba tego jednego. uwielbiam długie rozmowy, zarówno te o wszystkim, jak i te o niczym. martini bianco. drinki z ogórkiem i zdjęcia muchy. lubię patrzeć na miasto wieczorem, gdy ulice oświetlają tylko latarnie i światła samochodów, pędzących gdzieś bez celu. nie mogłabym żyć bez marzeń. to one motywują mnie do wstania z łóżka i dążenia do celu, jakim jest ich spełnianie. codziennie robię coś, co sprawia mi radość. na ogół jestem optymistką. staram się widzieć w ludziach najpierw coś, co mi imponuje. dopiero później cechy, które uznaję za wady. często płaczę. jeszcze więcej się śmieję. cenię w ludziach pasję. lubię też u ludzi kreatywność, poczucie humoru i często oceniam ich z wyglądu. radość sprawiają mi najmniejsze detale. często widzę w sobie małe dziecko, które zbyt przywiązuje się do ludzi. czasem jest to uciążliwe, bo ciężko znoszę rozstania. lubię siedzieć o zachodzie w porcie w chorwackiej podgorze i obserwować ludzi. przypisuję do nich różne historie i wyobrażam sobie, jak ich życie potoczy się dalej. mam słabość do czekoladowych muffinek i ludzi, którymi się otaczam.
sześćdziesiąt osiem.
3 styczeń 2008
brak wiary w urzeczywistnienie najskrytszych pragnień. ta rzeczywistość mi nie sprzyja. wracam do swojego wyimaginowanego świata, gdzie wszystko wydaje się mieć więcej barw. nie tylko odcienie szarości. czasem jednak trzeba odstąpić od piękna, by uświadomić sobie jego prawdziwą wartość. największą z możliwych. bo wartość jest tam, gdzie żyją ludzie o wartości nieprzeciętnie dużej. wracam do Was moje drogie marzenia.
podziękowania dla tych, którzy nie odbierają mi cząstki mnie, jaką jest chęć dążenia tą właśnie drogą do tego właśnie celu.
sześćdziesiąt siedem.
31 grudzień 2007
dziś kończy się 2007 rok. minione 365 dni zaliczam do pozytywnych. dużo działo się przez ten rok. rozstania. powroty. łzy i masa uśmiechu. coroczna dychotomia.
dziś powtórka z babskiego wieczoru tyle, że w okrojonym składzie. jednym słowem fukłaki:)
noc zapowiada się na długą, ale i pozytywną. będzie to sylwester, jakiego jeszcze nie było. święta trójca?
by nie zapomnieć o tym, co teraz pochłania mnie najbardziej. dużo ciepłych uścisków i masa całusów dla jacka, który mnie potrzebuje a mnie nie ma przy nim. kochanie to tylko 2000 km.
sześćdziesiąt sześć.
28 grudzień 2007
udowodniłam sobie, że jednak mimo starań nie jestem dobrym człowiekiem. ale czym tak naprawdę jest dobro?
dobro – pojęcie abstrakcyjne będące przeciwieństwem zła. jest elementarnym pojęciem moralnym, określającym pozytywną wartość wszelkich czynów i zachowań.
ale czy rzeczywiście jest przeciwieństwem zła? tak naprawdę dla jednych dobro, czynione przez daną jednostkę, może być odbierane negatywnie przez innego człowieka. zatem w jaki sposób dążyć do bycia dobrym? tu chyba pojawia się element egoizmu, kierujący każdym z nas. otóż czynimy to, co jest dobrem według nas a nie to, co jest dobrem ogółu, bo takie pojęcie nie istnieje.
sześćdziesiąt pięć.
27 grudzień 2007
na szczęście już po świętach. były one najgorszymi z dotychczasowych.
teraz odczuwam ulgę. nie myślę o ostatnich wydarzeniach. o bólu i lęku, jaki odczuwałam. wszystko zostało zatopione dzięki jackowi. co za człowiek.
to coś jakby zalążki wiary w przeznaczenie. utopijna wizja spełnienia.
:*
sześćdziesiąt cztery.
20 grudzień 2007
ogólnie megapozytyw. panuje nade mną magiczna aura, odciągająca mnie od rzeczywistości. wcale nie chce zawracać. chcę w to brnąć. błądzić. gubić się i odnajdywać na nowo drogę, ale już nie sama. będziesz mnie prowadził troskliwie za rękę. tak, jak troskliwe są Twoje słowa. sen na dziś. zaraz zamknę oczy i się stanie.
sześćdziesiąt trzy.
19 grudzień 2007
historia lubi się powtarzać. ona – niepoprawna romantyczka mająca więcej szczęścia, niż rozumu, bo nim tak naprawdę rzadko kiedy się kieruje. jej życiem rządzi przypadek lub intuicja. nigdy nie stara się szukać szczęścia na siłę. za to każdy detal wywołuje u niej niespotykane emocje. nigdy nie jest obojętna. skrajne uczucia doprowadzają ją do łez. bez względu na to, czy to łzy szczęścia, czy smutku. zawsze płacze. to jej własny sposób na wyrzucenie z siebie całego napięcia. kolejny raz postępuje w ten sam, jednakowo nieracjonalny sposób. dla tych, którzy odbierają jej cechy pozytywnie – to kolejny raz, kiedy pokazuje swoją indywidualność i brak poglądów charakterystycznych dla szarej masy. dla tych, którzy uznają ją za szaloną, zaistniała sytuacja jest potwierdzeniem ich tezy. ona na to nie zważa. brnie dalej, coraz bardziej oddalając się od rzeczywistości.
ja ją chyba polubiłam. taką jaka jest. z jej wadami i wiarą w niemożliwe. przecież ona jest we mnie zawsze i wszędzie.
teraz z dedykacją: rani ją jednak fakt, że obok niej w momencie, gdy odczuwa emocjonalną ekstazę, jest ktoś na kogo szczęściu bardzo jej zależy, choć nie może tej osoby uszczęśliwić.
sześćdziesiąt dwa.
13 grudzień 2007
wczoraj zostałam uświadomiona, że zbyt dużo myślę. analizuję każdą minutę. każdy najmniejszy gest i słowo. nawet nie zastanawiałam się nad tego sensem. przeżywam każdy oddech podwójnie, tracąc przy tym tak cenne chwile. koniec.
spontaniczność. od zaraz.
sześćdziesiąt jeden.
12 grudzień 2007
patrzę na ciebie, jakby po raz pierwszy. słucham cię tak, jakbym wcześniej nie słyszała. mówię do ciebie, jakbym wcześniej nie skierowała do ciebie żadnego słowa. czuję, jakbyś był bliskim mi obcym. znajomym, a jednak kimś zupełnie nowym. kimś, kogo chcę poznawać. na nowo. każdego dnia.
zupełnie obce uczucie. pozytywnie nieznajome. piękne.
sześćdziesiąt.
9 grudzień 2007
‘when you try your best but you don’t succeed.
when you get what you want, but not what you need.
when you feel so tired, but you can’t sleep.
stuck in reverse.
and the tears come streaming down your face.
when you lose something you can’t replace.
when you love someone but it goes to waste.
could it be worse?
lights will guide you home.
and ignite your bones.
and I will try to fix you.
high above or down below.
when you’re too in love to let it go.
if you’ll never try, you’ll never know.
just what you want.
lights will guide you home.
and ignite your bones.
and I will try to fix you’.
(coldplay – fix you).
sama prawda. od jakiegoś czasu, z nasileniem wczorajszego wieczoru zastanawiam się nad podjęciem próby. nie mając nic do stracenia. nie wiem tylko, czy jestem wystarczająco silna. czy mam wystarczająco dużo siły i samozaparcia, by dokonać czegoś wręcz niemożliwego.
pięćdziesiąt dziewięć.
6 grudzień 2007
był sobie człowiek. z pozoru wyglądający, jak każdy inny. jego zachowanie również nie wykraczało poza przyjęte kanony. posiadał również najbardziej człowieczą rzecz – wady. za największą z nich uważał swoją ogromną wrażliwość, przez którą każde słowo mogło wywołać u niego łzy. żył tak sobie z wieczna łzą szczęścia lub smutku na policzku. nie starał się zmienić w swojej egzystencji niczego. pewnego dnia budząc się rano pomyślał, że jest głupcem, przeżywając każdą chwilę stukrotnie bardziej, niż przeciętni śmiertelnicy. starał się odbierać chwile mniej emocjonalnie. chciał być bardziej odporny na słowa, czy gesty otaczających go ludzi. z czasem stał się jednak wyrachowany. nie odbierał ludzi z perspektywy, z jakiej robił to wcześniej. nie potrafił już widzieć pozytywu w ludziach. nie cieszył się, z zawsze sprawiających mu radość drobiazgów.
nie wszyscy się zmienią. niektórzy na to nie pozwolą.
pięćdziesiąt osiem.
4 grudzień 2007
melancholia tego miasta. objawia się to przede wszystkim przez widok szarych, jednostajnych ludzi. wszyscy wyglądają, jak dzieci w mundurkach szkolnych. każdy podobny do każdego. nostalgiczny brak wyrażania siebie. brak barwy. jedynie kontur. również ledwo widoczny. dookoła grupy bezimiennych panuje jedynie szept. czasem kocham. czasem nienawidzę.
wyjadę.
pięćdziesiąt siedem.
2 grudzień 2007
nie pojmuję siebie. mam niemalże wszystko, czego mogę zapragnąć i z pewnością wszystko, czego mi potrzeba. mimo to, czegoś mi brakuje. czuję jakąś barierę. właśnie tu, gdzie odczuwam dostatek. chcę, by był rok później. by wszystko uległo zmianom, choć wiem, że nie wszystkie będą pozytywne. mam świadomość, że musi to w końcu nastać i chciałabym doświadczyć tego właśnie teraz. z dnia na dzień. z chwili na chwilę. zamknęłabym oczy i podczas jednego mrugnięcia znalazłabym się tam, gdzie wszystko rozpocznie się na nowo.
pięćdziesiąt sześć.
1 grudzień 2007
tego z bajki mi brakuje. tylko tego jednego.
chyba znam siebie zbyt dobrze.
pięćdziesiąt pięć.
1 grudzień 2007
fukłaki – wielki powrót. wreszcie nastało to, na co chyba nie tylko ja czekałam. bez słów nastał ład i harmonia, jaka miała miejsce wcześniej.
cudowna noc. pomijając pewną sytuację. to się nie liczy. czasem trzeba zapomnieć, że jest się w świecie rzeczywistym i choć na parę chwil przenieść się poza niego. ja wczoraj byłam w innej rzeczywistości. tej przepełnionej pozytywnymi emocjami. bezproblemowej i w której czas nie ma najmniejszego znaczenia. najpiękniejsza była satysfakcja ze sprawienia komuś radości. wywołania uśmiechu. a nawet łez szczęścia, choć jak to zwykle bywa, łzy szczęścia popłynęły po moim policzku. chyba wszyscy się już przyzwyczaili. z pewnością fukłaki.
pięćdziesiąt cztery.
30 listopad 2007
dziś impreza w rampie. guzik nam się postarzał. sto lat, sto lat!
wczoraj wielki powrót rodziców z egiptu. masa pięknych prezentów i co ważniejsze zadowolenia w ich oczach. to chyba liczy się najbardziej. i to jedno słowo ‘tęskniłam’ zmieniło wszelkie obawy i niepewność w radość i wzruszenie. czasem nawet krótkie rozstania przynoszą więcej pozytywu, niż mogliśmy dostać od drugiej osoby, będąc obok niej, niemalże zawsze. wtedy uśmiech i każde jedno słowo przybiera stokrotnie na wadze. nie spodziewałam się aż tak pozytywnych emocji. miłe zaskoczenie.
pięćdziesiąt trzy.
29 listopad 2007
spokój. zupełna cisza. wbrew pozorom pozytywna. zazwyczaj sprawia, że czuję nostalgię odbierającą mi siłę. teraz to coś innego. teraz to cisza pełna ukojenia i harmonii. cała ta układanka zaczęła nabierać właściwych i sensownych kształtów. to, co powszechnie nazywa się ‘życiem’ przypomina pewnego rodzaju puzzle. najbardziej lubisz je, gdy jesteś dzieckiem. nie zastanawiasz się nad ich sensem. po prostu układasz. z czasem, gdy rozumiesz coraz więcej potrzebujesz czegoś nowego, by nie popaść w melancholię.
pięćdziesiąt dwa.
26 listopad 2007
wena. długo nie była tak nasilona i skumulowała się we mnie chęć tworzenia. efekty tego na deviantart.
teraz nasycona pozytywnymi uczuciami wsłuchuję się w ciszę. liczę oddechy i cieszę się ich mnogością. lista zmartwień z chwili na chwilę maleje a moje pragnienie dążenia do celu rośnie. mam w sobie dostatek pozytywnej siły, jakiego dawno nie zaznałam. pękła otaczająca mnie warstwa emocjonalnych ograniczeń. nie poddaję się. dążę…
pięćdziesiąt jeden.
25 listopad 2007
dwie noce picia pod rząd. ale nie to się liczy. ważne to z kim spędziłam ten czas. z ludźmi, z którymi nie rozmawia się metaforą a wprost. o ważnych i tych mniej ważnych sprawach. do tego tekst, który stał się podsumowaniem całej imprezy: ‘dolej sobie wódy, bo pijemy za bermudy‘…
teraz upajam się ostatnim dniem weekendu. przemeblowanie w pokoju. jestem bardzo zadowolona. chyba wpadnie dziś muszka. kolejny etap rozważań o egzystencji i komentarze do wczorajszych wydarzeń. jest o czym opowiadać.
pięćdziesiąt.
23 listopad 2007
zapowiada się długa i pozytywna noc. typowy babski wieczór. same kobitki. muzyka. filmy. drinki. rozmowy począwszy od wszystkiego, aż po nicość. tyle, że żadna z nas nie wychodzi za mąż. i bardzo dobrze… przypomina mi się tekst Marysi P.: ‘pseudofacetów i superkobitek’… no ba.
sprawy mniej przyziemne. zaczęłam postrzegać ludzi będących obok mnie niemalże od zawsze, z innej perspektywy. sądzę, że przyzwyczajenie i rutyna nie pozwala nam poznać drugiej osoby. w końcu jakieś cechy ludzkie ulegają zmianom a my ich zwyczajnie nie dostrzegamy. trzeba zatem wykonać obrót o 180 stopni i poznawać się każdego dnia na nowo.
czterdzieści dziewięć.
21 listopad 2007
słowa ranią. bardziej, niż czyny. nie pozwalają nam przymknąć oczu na to, czego nie chcemy zobaczyć. ja nie patrzyłam. dostrzegłam. rzeczywistość i to, kim naprawdę jestem dla osób, dla których powinnam być kimś więcej, niż tylko człowiekiem spotkanym przypadkowo na zatłoczonej ulicy miasta. pieprzona naiwność. może wiara w nieistniejące? chęć dostrzeżenia tego, czego w rzeczywistym świecie nie ma? istnieje tylko w moim.
małym. nic nieznaczącym. chorobliwie wrażliwym. pieprzonym świecie.
boli.
czterdzieści osiem.
19 listopad 2007
zaraz biegnę na koncert. chyba tego mi właśnie trzeba. zupełne odcięcie się od otaczającej mnie monotonii i pojawienie się w świecie metafor i wyobraźni. niestety nie będzie mojej małej muszki… chyba to jedyny minus dzisiejszego wieczoru. odrobimy to jeszcze. prawda?
‘chcę pokochać anioła, który ma na moim punkcie fioła. polecimy razem na niebieskie łąki. tam się wystroimy, jak gwiezdne pająki…’
czterdzieści siedem.
17 listopad 2007
ciężka noc za mną. nadal odczuwam jej skutki… ale nie żałuję. warto było spędzić czas z tymi ludźmi. przy tej muzyce. w tym akurat miejscu. od wczoraj jestem szczęśliwą posiadaczką dowodu osobistego:) mała rzecz a cieszy…
najlepszym komentarzem do wczorajszego dnia są słowa Kubusia Puchatka: ‘…musimy mieć możność oddychania‘.
i jeszcze jeden cytat z Puchatka. do muszki: “…była to niewątpliwie taka rzecz, po której nawet bardzo małe zwierzątko mogło zbudzić się z rana bardzo zadowolone, że to zrobiło”.
czterdzieści sześć.
14 listopad 2007
zaraz lecę na wykład z filozofii na uniwersytet. teraz upijam się chwilą. głęboko wdycham powietrze i powoli je wydycham, nie pozostawiając ani jednej myśli bez dokładnej analizy. nucę ‘czekam przyleć i mnie weź’…
jutro wystawa. w piątek kino na uniwersytecie. w poniedziałek koncert Marysi P. będę nucić. myśleć. rozważać. uciekać myślami, zagłębiając się w każde słowo. kocham rzeczywistość przedstawioną w jej utworach. jakby śpiewała o tym, co czuję, ale czego nie potrafię wyrazić słowami. ona potrafi.
umieram i rodzę się na nowo. z każdą budzącą się myślą.
czterdzieści pięć.
10 listopad 2007
muszko dziękuję za kolejną sesję:*
zdecydowanie zbyt dużo zastanawiam się nad sprawami dotyczącymi mojej dość monotonnej i zbyt poukładanej egzystencji. moje myśli doprowadzają do uczucia niedosytu i chęci zmiany. nagłej. rewolucyjnej. pozytywnie zmieniającej tempo, w jakim oddycham. czasem zapominam o tym, że muszę zachować ciągłość – wdech. wydech. wdech. wydech… codziennie powtarzam te same czynności. wypowiadam te same słowa. spotykam tych samych ludzi. obieram ten sam cel. pragnę tego samego. każdego dnia. zamykam oczy. sześć godzin później zaczynam maraton od nowa.
szukam zmian. takich z bajki i tego, który przyjdzie i obudzi mnie w barwniejszej rzeczywistości.
czterdzieści cztery.
4 listopad 2007
kolejny raz odczuwam żal do samej siebie. choć wiem, że to i tak nic nie zmieni. nie zaspokoi tęsknoty. nie zabije uczucia. tak mocnego, że przyćmiewa rozum. po co idę wciąż tą samą drogą? uporczywie. wbrew sobie. niech nadejdzie pieprzona rewolucja.
teraz myślę tylko o wyjeździe. rozpatruję kolejną opcję. całkiem sensowną, ale bolesną w skutkach. to kwestia przejechania 420 km i przekroczenia jednej granicy. wystarczająco, by tęsknić.
rozkminiam dalej…
czterdzieści trzy.
3 listopad 2007
adnotacja do ‘czterdzieści dwa’: zakończenie dnia było równie miłe, jak jego początek. rozmowy z dagą przy schłodzonym carlsberg’u. bezcenne.
czuję ogromną chęć przedsięwzięcia czegoś. potrzebuję rewolucji. czegoś, co doda mojemu bytowi barwy. na razie został on uformowany, ale to za mało, by powstało dzieło. muszą być barwy i ich właśnie szukam. to one dodają charakteru. nie chcę przeciętnej szarości. w taki sposób nie wyrażę siebie. a przecież o to walczę. o spełnienie.
czterdzieści dwa.
3 listopad 2007
bo ona ma trzy jaja.
może to dlatego, choć wątpię. ma w sobie to, co kocham u ludzi najbardziej. umiejętność cieszenia się z najmniejszych rzeczy. spędziłam dziś sporo czasu z muszką. sesja. zakupy. przebijanie uszu. megatuczący deser i rozmowy o planach. najbliższej przyszłości. zaangażowaniu i marzeniach mogących stać się rzeczywistością. kochany fukłak. żałuję jednak, że nie wszystko jest tak, jak być powinno. ciche konflikty. żadnych wyjaśnień. żadnych rozmów i starań, by sytuacja się poprawiła. przecież tak nie może być. one – zawsze razem, jak siostry. teraz cisza. jak już kiedyś napisałam – milczenie boli najbardziej. mam nadzieje, że to wkrótce się zmieni. brakuje mi fukłaków.
dużo buziaków i ‘dziękuję’ za dzisiejszy dzień, który mam nadzieję będzie równie pozytywny do końca.
czterdzieści jeden.
1 listopad 2007
’samolot pisze wiersz na niebie. wysyłam go do Ciebie, taki krótki sms. czekam przyleć i mnie weź. czekam przyleć i mnie weź. chcę pokochać anioła…’
tak właśnie. Marysia P. w mojej głowie. myślę o jutrzejszym dniu. może sesja. gwarantowana dobra zabawa. dużo śmiechu i wygłupów z fukłakami. mam nadzieję, że wszystko się już poukładało. bo przecież musi być dobrze.
zbieram w sobie siły. szukam konkretnej motywacji. potrzebuję wsparcia. chociaż małego. i potrzebuje też miłego słowa o poranku. zainteresowania tym, co kocham. rozmowy o pasjach godzinami. buzi na dobranoc.
“…który ma na moim punkcie fioła.”
czterdzieści.
31 październik 2007
myślałam dziś o wpływie, jaki ludzie mają na mój byt. każde miłe słowo może wywołać u mnie pozytywne uczucia. podobnie jak uśmiech przypadkowego przechodnia na ulicy. niefortunnie człowiek skonstruowany jest jako istota odczuwająca ból zatem negatywne zachowania wywołują jednakowo negatywne emocje. rozważając zależność jednostki od ogółu zastanawiałam się nad moim wpływem na ludzi, którzy mnie otaczają. otóż czasem nieświadomie potrafię zranić. zadać cios, który pozostanie bolesnym wspomnieniem w czyimś wnętrzu. oceniałam swoja postawę i doszłam do wniosku, że nie jest ona postawą negatywną. wynika to z faktu, iż widzę swoje błędy i ich konsekwencje (wyrzuty sumienia, czy tęsknotę). dzięki temu żałuję swojego postępowania, słów a czasem nawet gestów, którymi człowiek wyraża bardzo wiele. zrozumiałam też, że przyczyna wielu konfliktów z osobami mi bliskimi tkwi w braku zrozumienia swoich błędów. błędne koło – niekończący się ciąg tych samych zachowań, wywierających negatywne uczucia u innych. rutyna. postępujemy bez zastanowienia, nie zmieniając niczego w swoim zachowaniu. bolesne, choć czasem osoba postępująca w ten sposób jest dla nas zbyt bliska a nasze obawy dotyczące straty tej osoby zbyt duże, by powiedzieć wprost, gdzie tkwi problem.
trzydzieści dziewięć.
30 październik 2007
zaplątałam się w sidła własnych myśli. zbyt dużo się zastanawiam. zbyt dużo czasu spędzam na poszukiwaniu konkretów. odpowiedzi na pytania. ostatnio wątpliwości jest coraz więcej, choć nie mogę stwierdzić, że coś jest nie tak, jakbym tego chciała. jednak zbyt dużo sytuacji jest niejasnych. zbyt mało zdefiniowanych uczuć. nigdy nie prosiłam wprost o słowa. prosiłam o podpowiedzi, by móc odgadnąć rozwiązanie. teraz potrzebuję treści. okrojonej z jakichkolwiek zbędnych słów i metafor, suchej treści. oczekuję cudu. nikt nie nazywa uczuć po imieniu. nikt nie ryzykuje do tego stopnia. nie pokazuje słabości. może dlatego czuję się człowiekiem dużej wiary, bo wierzę w niemożliwe.
trzydzieści osiem.
28 październik 2007
powrót z bystrzycy. wspaniali ludzie, będący zawsze przy mnie i Ci, z którymi kontakt trzeba było odnowić. hmm… dużo miłych wspomnień i budujących perspektyw. dużo łez, wywołanych przez pozytywne uczucia. mimo to, musiały być też złe momenty, bo nigdy nie może być do końca dobrze. o wydarzeniach, jakie miały miejsce ostatniej nocy nie będę tu pisać, bo niektórych rzeczy nie jestem w stanie wyrazić słowami.
już tęsknię, bo jak mogłabym nie tęsknić za osobami, które doprowadzają mnie do łez? pozytywnych łez. za to Wam dziękuję.
trzydzieści siedem.
26 październik 2007
‘nawet, gdy droga nie doprowadzi do celu dobrze, że jest i droga i cel‘. E.Dziewońska.
dzień przemyśleń i rozważań. pełnych sprzeczności a zarazem pozytywnych. niespotykany ciąg spełnienia i zadowolenia z życia. długo nie odczuwałam tego stanu. jedyne z czego mogę być niezadowolona to szkoła. tam brakuje mi motywacji. pozostałe sfery mojego życia zmierzają ku sukcesowi. i tak być powinno.
adnotując do słów Dziewońskiej: osiągnięcie celu nie jest najważniejsze. liczy się droga, którą pokonujemy zbliżając się do niego. nie ma też znaczenia czas, w którym tego dokonujemy, ale technika, jaką się posługujemy.
szykuje się pozytywny wieczór. jutro wyjazd do mojej własnej arkadii, pełnej ludzi, z którymi warto żyć i warto się od nich uczyć.
ps. pozdrowienia dla fukłaków.
trzydzieści sześć.
25 październik 2007
6:00 pobudka. prysznic. zabiegi kosmetyczne. 7:20 autobus. 8 h , co daje 28 800 sec w szkole. 15 minut w domu. zakupy. dom…
jestem zmęczona.
myślę. jakieś niezrozumiałe tezy budują się w mojej głowie. myślę o tym, jak płytkie są słowa, bo nie potrafią wyrazić, jak bardzo chcę. pragnę. gubię się w tym wszystkim. czytam E.Dziewońską.
‘każde spotkanie. za krótko.
każda odległość. za daleko.
każde spojrzenie. za płytko.
każdy pocałunek. za mało.
każde rozstanie. za szybko.
każda myśl. zbyt ulotna.
rozstania. powroty.
tęsknoty.
a przecież zawsze jesteś.
nawet gdy po drugiej stronie.’
wiesz, że ty jesteś adresatem.
trzydzieści pięć.
23 październik 2007
fukłaki. pełno pozytywnych zdjęć. pizza. rozmowy o frajerach. nicnierobienie. dzień zaliczam do udanych. niestety nie każdy może tak wyglądać. było mi to potrzebne. odreagowanie od codzienności. rozmowy, na które nigdy nie ma czasu. jednak najważniejsi byli ludzie, którzy pozwolili mi być dziś kimś zupełnie odstającym od szkolnej rzeczywistości.
jutro po szkole wykłady z filozofii z ‘panem z filozofii’ (a to wszystko dla muszki). bo czego się nie robi dla innych…
btw. ‘kaja ty fiucie!’
trzydzieści cztery.
22 październik 2007
nieprawdopodobne. rozmowa z pawłem. aż trudno uwierzyć. nie spodziewałam się niczego pozytywnego po tej rozmowie. i dobrze, bo się nie zawiodłam. koniec znajomości. nie ma w moim życiu miejsca dla takich ludzi. rafał, powiedziałby, że wartościowi ludzie to tacy z ‘ciężarem’. i to właśnie oni są ponad przeciętnością. a mnie przeciętność nie rusza. lubię indywidualizm i to w ludziach cenię. z drugiej strony nie żałuję rozmowy, która miała miejsce, bo tak naprawdę utwierdziła mnie w przekonaniu, że czas skończyć z niepowodzeniami z przeszłości i szukać w życiu novum, które zapewni mi byt, na jaki zasługuję. jestem człowiekiem na tyle wartościowym, by znaleźć to, czego szukam. lecz, całą tą podróż muszę rozpocząć poznaniem samej siebie i jestem na dobrej drodze by tego dokonać.
trzydzieści trzy.
21 październik 2007
dziękuję za wspólnie spędzone chwile. wszystkie miłe słowa i naukę, jaką mi przekazałeś. byłeś dla mnie nauczycielem, którego przekonania o życiu pozostaną gdzieś głęboko w moim sercu. dziękuję też za to, ze byłeś moją motywacją i zmieniłeś nastawienie do samej siebie. dziękuję za to, że po prostu byłeś.
dziękuję też za wyrozumiałość i poświęcenie swojego czasu dla mnie. ale to wszystko tylko słowa. największą wdzięczność wobec Ciebie kryję w sercu, bo nie wszystko da się opisać, tak by stało się prawdopodobne. choć było prawdziwe.
trzydzieści dwa.
21 październik 2007
4h spędzone na sprzątaniu ciuchów. za dużo tego. i tak pewnie nie wyleczę się z kupowania nowych. teraz czekam na Rafała. jeszcze tylko 2h 4min. czyli 124min. 7440 sekund.
jestem opętana przez myśli o mojej wróżce. słodki stan upojenia.
trzydzieści jeden.
20 październik 2007
po całym dniu zakupów w katowicach. nic się nie zmieniło – nadal największą radość sprawia mi wydawanie kasy na ciuszki… zakupoholiczka, jak określa to daga.
dziś troszkę kasy poszło, ale jakie to ma znaczenie… najważniejsze, że sprawia mi to radość. miałam też czas, żeby troszkę pomyśleć, w przerwie między mierzeniem a płaceniem. myślałam o horoskopach, a szczególnie o tym, co powiedział rafał. wkurza mnie to, że nie każdy wierzy w to, co mówią ‘gwiazdki’. mam na myśli to, że ja nie wierzyłam. gdybym wierzyła oszczędziłabym duzo czasu.
trzydzieści.
19 październik 2007
rozkminiam.
zaczęły mnie cieszyć nawet najkrótsze pozytywne chwile. ‘chwile ulotne, jak ulotka‘. takowych było dziś sporo. dzień rozpoczął się dla mnie o 17. cudownie spędzony czas. dziękuję.
zbyt dużo myśli, by opisać je wszystkie.
do wykorzystania pozostało Ci: 9 998 całusów + 5% gratis.
dwadzieścia dziewięć.
18 październik 2007
jesień kurwa…
nie lubię jesieni. jest strasznie melancholijnie. jednak dzisiejszy, mimo, iż jesienny dzień do nudnych nie należał. same pozytywy. pobudka. prysznic itd. przystanek. autobus. szkoła. autobus. dworzec. Rafał, Rafał, Rafał. Daga. dom…
udany dzień. tylko jesień kurwa.
dwadzieścia osiem.
17 październik 2007
rano teatr. potem szkoła. dom i rozmowy z rafałem trwające godzinami. raczej nikt nie narzeka. jest tak dobrze, że nawet nie ma na co ponarzekać. nudy… :)
dwadzieścia siedem.
16 październik 2007
adnotacja do ‘dwadzieścia sześć’: jestem z VIP‘em. (żeby nie było).
dwadzieścia sześć.
16 październik 2007
house w mojej głowie. motylki w brzuchu… :D czuję się cudownie. tak, jak zawsze chciałam się poczuć, nie wiedząc nawet, że taki stan istnieje. tracę kontrolę nad swoimi myślami średnio 24h na dobę i jestem VIP’em…
dwadzieścia pięć.
15 październik 2007
żadnych zmian, poza masą napływających idei. nieprzerwany ciąg myśli piętrzący się gdzieś we wnętrzu. całkiem przyjemne uczucie, zważając na to, że wszystkie te myśli są pozytywne.
dwadzieścia cztery.
14 październik 2007
po spotkaniu z rafałem. rozmowy o tym, co może mieć miejsce. dawno nie rozmawiałam tak szczerze z osobą płci przeciwnej. teraz już nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem. jestem tym, kim chcę być i nie muszę ukrywać tego w głębi swojej nadal rozhuśtanej emocjonalnie duszy. jednak czuję, że gdzieś się to wszystko we mnie zmienia. w końcu nadszedł czas na zmiany. na razie dostrzegam tylko te pozytywne. zobaczymy, co przyjdzie z czasem. oprócz sytuacji wewnętrznej zmieniła się także sytuacja w moim otoczeniu. tym najbliższym. czuję się lepiej. niezależnie to zbyt mocne słowo, ale swobodnie na pewno. chyba nie tylko ja w ostatnim czasie dużo zrozumiałam. może to czas, w którym należy przełamać bariery i nawet tu, gdzie zawsze miało to miejsce, nie udawać kogoś innego. może skończyło się już podejście ‘co ludzie powiedzą?’ i zaczęła się era swobodnego wypowiadania własnych myśli. byłoby pięknie, choć nie chcę dawać sobie zbyt dużo nadziei, bo jeśli moje obserwacje nie okażą się być prawdziwe, mogę czuć się zawiedziona a przecież w życiu nie ma czasu na takie emocje. i mimo, iż oscar wilde powiedział ‘życie to zły kwadrans, złożony z uroczych sekund’ to nadal chcę wierzyć, że w każdej negatywnej chwili tkwi jakiś pozytyw.
dwadzieścia trzy.
14 październik 2007
niedziela. zero oznak piątkowej imprezy. wszystko minęło, na szczęście. tylko w sercu pozostało uczucie, którego brakowało. spełnienie. brakowało mi dobrej zabawy, wśród ludzi, których uwielbiam. brakowało mi też troski ze strony płci przeciwnej… dziękuję rafałowi, że chce się mną zaopiekować, tak bym czuła się zawsze bezpieczna i potrzebna:*
to nie były tylko 18-te urodziny, to było coś więcej. coś, czego nie zapomnę do końca życia i dzień dłużej…
dwadzieścia dwa.
13 październik 2007
impreza urodzinowa. cudowna noc. wspaniali ludzie, dobry klimat no i… mój mąż. ogromnym zaskoczeniem był sam jego przyjazd. jeszcze większym to, co między nami zaistniało. nie mogę już nawet powiedzieć, że jest tylko “moim mężem”, bo jest kimś więcej. jest facetem, na którego czekałam. jeszcze bardziej nieprawdopodobne jest to, jak szybko to wszystko się wydarzyło. zupełny spontan, ale tak trzeba żyć, bo życie jest zbyt krótkie by żyć przeszłością. ja żyję teraz myślą, że każdy dzień może być tak piękny, jak wczorajszy.
strasznie dziękuję, za prezenty, ale przede wszystkim za to, że byliście.
i dziękuję Ci kotku, za to, że pojawiłeś się w moim życiu:*…
dwadzieścia jeden.
11 październik 2007
właśnie wyszłam za mąż. mam męża w gliwicach:)
śmieszna sytuacja, choć bardzo pozytywna. człowiek, który poznał mnie dziś (ba, on mnie nawet nie widział). rozmawiał ze mną 3h. powiedział o mnie tyle rzeczy, że można by uznać go za wróżkę (i stał się moją prywatną wróżką). nie wiem, co ma w sobie takiego, co sprawia, że kiedy z nim rozmawiam jest tylko on i ja. nic się poza tym nie liczy. pozytyw, jakiego mi brakowało.
jestem w stanie przyznać, że to nie jest tylko rozmowa z ‘obcym’, bezmyślna wymiana zdań w stylu ‘cześć, poklikasz?’. ja na prawdę czuję, że rozumiemy się bardzo dobrze, mamy o czym rozmawiać, wie o mnie na prawdę dużo, z czego mało wie ode mnie. niestety ja nie mam umiejętności poznania go bez słów, choć muszę przyznać, że odpowiedź na pytanie ‘czego nie lubisz?’ była zaskakująco kreatywna… no i co najważniejsze – jest moim mężem.
przesyłam masę buziaków i czekam z utęsknieniem do niedzieli. btw, kręci mnie astrologia… tylko dlaczego nie lubisz zimy?
dwadzieścia.
10 październik 2007
urodziny. gdyby każdy dzień był tak sympatyczny i wolny od monotonii, świat byłby piękny. rozpoczęło się dziś w moim życiu coś nowego. chyba zrozumiałam, że nie warto jest brać życia na serio. uświadomiły mi to słowa pewnej osoby: ‘przecież nic się nie stało, to tylko zabawa’. mimo strachu, jaki ogarnął mnie w sytuacji, która była przyczyną tych słów, uspokoiłam się, myśląc – ‘przecież on ma rację’. częściej spotyka nas nieszczęście, gdy się tego zupełnie nie spodziewamy, a tu, gdzie byliśmy zagrożeni, nie stało się nic. więc zacznijmy nowy rozdział, pod tytułem ‘pół żartem, pół serio’ i korzystajmy z tego, co jest nam dane.
dziękuję za dzisiejszy dzień. masę życzeń i miłych słów i ciufcię:)
dziewiętnaście.
9 październik 2007
zupełna hipnoza. przestałam na 3 tygodnie myśleć o tym, co dzieje się wokół mnie. żyłam tym, co wewnątrz. tak się nie da. nie mogę odcinać się od ludzi, których darzę ogromnym uczuciem, bo ktoś, kogo również kochałam złamał moje serce, po raz drugi. na szczęście – w sposób mniej bolesny. już się na to uodporniłam. nie masz już nade mną żadnej przewagi. dziś żyję myślą, że jutro skończę te swoje 18 lat i… no właśnie, co? praktycznie nic się nie zmieni. jedynie z teorii będę ‘dorosła’. przecież to głupie. problemów więcej nie będzie, bo więcej się nie da (fakt, to pocieszające). wcale nie chcę być starsza. pragnę być 5-io letnim szkrabem brodzącym w piaskownicy, bijącym inne dzieci, żyjącym w swoim malutkim świecie pełnym kolorów i uśmiechu. niech to będzie prezent urodzinowy od świata…
osiemnaście.
8 październik 2007
milcz. uciekaj. chowaj się. pokazuj nadal, że jesteś słabszy. nie martwi mnie to, wręcz bawi. to żałosne. udawanie, że nie istnieję. może dla Ciebie tak jest. dla mnie istniejesz tylko jako wspomnienie. bardzo pozytywne, bo chwile z Tobą warto pamiętać… nawet momentami za tym tęsknię, ale nie za Tobą, bo Ty dla mnie nie istniejesz. istnieje pamięć i łzy powoli ściekające po policzku.
bardziej niż Twoja ucieczka boli mnie fakt, że teraz muszę o Tobie myśleć. oszczędziłbyś mi tego, gdybyś zniknął zanim ponownie mnie w sobie rozkochałeś. do szaleństwa, choć ja to szaleństwo kochałam…
siedemnaście.
5 październik 2007
czy to możliwe, by nie móc oddychać wśród ludzi, którzy są Ci najbliżsi? może jestem wyjątkiem. nie potrafię być sobą tu, gdzie każdy powinien czuć się bezpiecznie, jak w domu. ja czuję, że jestem obca. zupełnie, jakbym była w miejscu mi nieznanym. nie umiem tu rozmawiać. nie umiem być sobą, taką, jak przy ‘obcych’.
to nie jestem prawdziwa ja. to ja z obawą wypowiedzenia zarzutów, jakie mam wobec tego ‘miejsca’. dlaczego nie mogę być tam, gdzie chcę? tam gdzie czuję się dobrze, bo czuję, że jestem potrzebna…
szesnaście.
4 październik 2007
pustka. zupełna obojętność. boję się tego stanu. nie lubię być obojętna. mimo, że bardzo przeżywam to, co się teraz dzieje nie potrafię płakać. zabrakło łez? kiedy przez moment nie myślę o ostatnich wydarzeniach, czuję się winna. a przecież nie jestem. to nie ja sprowokowałam tą sytuację. nie podjęłam tej decyzji bez powodu. słowa, które napisałam były przemyślane. nie był to impuls. nie była to chwila słabości. to była świadoma decyzja. zarazem – jedyne wyjście. tylko czemu to jedyne wyjście przysporzyło mi taki ból?
chcę się schować. uciec. wrócić, gdy świat przewróci się do góry nogami…
piętnaście.
3 październik 2007
zakończył się pewien etap a wraz z nim rozpoczął się następny. gorszy? mimo smutnego a wręcz bolesnego końca chyba będzie lepiej. dzięki temu, że uświadomiłam sobie, że mam na tyle dużo siły w sobie, by walczyć ze swoimi uczuciami. nie znaczy to, że przestałam kochać. kocham nadal i obawiam się, że szybko się to nie zmieni. jednak mimo to czuję, że mam przewagę. może dlatego, że to nie ja uciekłam. a miłość mojego życia.
pustka. żal. łzy. tęsknota. wyrzuty sumienia. mimo to, czuję, że mam siłę.
czternaście.
2 październik 2007
co źle zrobiłam? nie wystarczająco się starałam? nie okazywałam tego, jak bardzo kocham? może nie doceniałam? a może zwyczajnie się mną znudziłeś?
nie jestem w tej bitwie ofiarą. wygrałam. udowodniłam sobie, że potrafię odwrócić się i iść naprzód. nie wracając do wspomnień, które wylewają łzy na moje policzki. teraz to ja wygrałam. kocham Cię za to, że pomogłeś mi to zrozumieć.
słowa cisną się na usta. łzy do oczu.
trzynaście.
1 październik 2007
szczęśliwa trzynastka. ale czy dzień szczęśliwy? zbyt wcześnie by osądzić. zaczął się… hm, nawet dobrze. był jeden moment, kiedy myślałam, że moje serce skruszy się na nic nieznaczące drobinki, bo ja czuję się dziś tak, jakbym była nic nieznaczącą sumą oddechów. czyny najbliższych ranią bardzo mocno. jeszcze bardziej ranią słowa, lecz najbardziej milczenie. doświadczam tego od jakiegoś czasu i błagam. niech to się wreszcie skończy. to milczenie, tak głośne, że rozsadza umysł. amen.
dwanaście.
30 wrzesień 2007
umarła cząstka mnie. nie chcę już liczyć, ile czasu nie dostaję znaku życia. boję się liczyć. boję się uświadamiać sobie, jak bardzo kocham i jak bardzo tęsknię. nawet boję się płakać, bo wiem, że kiedy płaczę, tłumaczę sobie, że tak naprawdę nic się nie stało. a tak przecież nie jest. dziękuję Wam za miłe słowa. chcę już rozpocząć ten tydzień, żeby tyle nie myśleć o… i być wśród tych, w gronie których nie czuję się sama.
jedenaście.
28 wrzesień 2007
całkiem miły wieczór. nowi ludzie. pamiętam tylko (pieska) leszka i nikogo poza tym, piwko, dobra zabawa (np. fafik – daga wie, o co chodzi). było dobrze. ale tylko powierzchownie. to był tylko moment, kiedy zapomniałam o pawle. wieczorem boli najbardziej. wierci w sercu i nie pozwala przejąć inicjatywy przez rozum. rozum chce walczyć, serce czekać. to trudne, bolesne i pełne sprzeczności postępowanie sprawia, że mimo chęci łzy ciekną po policzku. powoli. jedna za drugą…
ale dlaczego?
dziesięć.
26 wrzesień 2007
szkoła. odwiedziny u mojej choronogiej dagi. cieszę się, że jutro zobaczę ją na przystanku o 08:59. w autobusie obok mnie. w klasie po mojej prawej i w autobusie do domku. takie te 3 dni były bez niej bez wyrazu. szczególnie o poranku. poza tym smutek. nie dostałam dziś tego, na czym najbardziej na świecie zależy mi od tych 3-ech pieprzonych dni. napisz jedno słowo. puść sygnał. odbierz. dziś skończył się 3-eci miesiąc razem. wszystkiego najlepszego. też Cię kocham.
jedna. druga. trzecia. myśl. łza. i znów nie jest to łza szczęścia. szkoda.
dziewięć.
25 wrzesień 2007
wczoraj. ból. zawód. rozgoryczenie. łzy. nie były to łzy radości. dzisiaj. radość. uśmiech. niepamięć o tym, co było wczoraj, o uczuciach gromadzących się we mnie. matura z niemieckiego. brak dagi w szkole. brak znaku życia od mojej drugiej połowy. teraz. nostalgia. monotonia. tv. komputer. tv. komputer. pies. tv. jutro będą zdjęcia. baaaardzo się cieszę. dziękuję muszko! (link)
osiem.
22 wrzesień 2007
oj działo się wczoraj. działo. jedna z lepszych nocy ostatniego czasu. tylko ciężki poranek. wspaniali ludzie. fajne miejsce. dobry alkohol. czego więcej trzeba? szkoda tylko, że moja daga tak szybciutko poszła, ale nie dziwię się, bo jak można się dobrze bawić, będąc właścicielem obolałej kończyny? współczuję mojemu aniołowi stróżowi i życzę szybkiego powrotu do formy, bo cóż ja bez Ciebie zrobię?
komentarz do wczorajszej imprezy: ‘rozmawia dwóch facetów przy piwie. jeden bawi się penisem‘. i to by było na tyle…
siedem.
20 wrzesień 2007
przesądni uważają, że ’siedem’ to liczba magiczna, o zabarwieniu pozytywnym. do przesądnych nie należę, a za zbieg okoliczności uznam fakt, iż to mój siódmy post a dzisiejszy dzień zaliczam do udanych. nie biorąc pod uwagę przykrego incydentu o godzinie 09:05, który spotkał dagę. poza tym było miło. mogłam spać dłużej, niż zazwyczaj. miałam mało lekcji. spędziłam miłe chwile podczas zakupów. wystarczy, by czuć się dobrze. poza tym odliczam dni do powrotu mojej drugiej połowy. jeszcze tylko 4 dni.
sześć.
19 wrzesień 2007
‘kalejdoskop naszej przyjaźni‘. brzmi pozytywnie. i tak samo pozytywne uczucia wywołuje. głupcem ten, kto pragnie w życiu jednostajności. ja kocham te wzloty i upadki. wyże i niże. łzy radości i smutku. i powroty najlepszych przyjaciół. czyż nie byłoby zbyt monotonnie żyć w ciągłym pokoju z najbliższymi? nie potrafiłabym żyć bez tej nutki niepewności, ‘czy wybaczy i zamieni złość w uśmiech?’. zawsze to robi. od 12 lat. i za to dziękuję.
pięć.
19 wrzesień 2007
wiadomość, którą napisałam do ***, dnia 20.08.2007. aż trudno uwierzyć, że od tamtej pory tyle się zmieniło. na lepsze? w to jeszcze trudniej uwierzyć.
‘pomyślałam kiedyś tak: najważniejsze to być szczęśliwym, spełnionym człowiekiem. teraz myślę, że to nie wszystko. jestem szczęśliwa. jestem w związku z człowiekiem, którego darzę wielkim uczuciem, mam przyjaciół, w tym wspaniałego ***, któremu piszę o takich rzeczach, bo mu bezgranicznie ufam, jestem zdrowa, moja rodzina ma się dobrze, nawet szkoła nie czyni mnie nieszczęśliwą. jednak istnieje pewne ale. nie wiem, czy mam rację, ale tak czuję, że przyzwyczajenie do niepowodzenia sprawia, że czuję się nieswojo sama ze sobą, jako z istotą zaznającą szczęścia, odczuwam wręcz poczucie winy. bardzo mi z tym ciężko. jak można czuć się winnym z powodu szczęścia? czasem nie pojmuję sama siebie. a może nigdy jeszcze nie zrozumiałam swoich uczuć, emocji, myśli… może siebie nie znam. absurd. nie można tego określić w inny sposób. może jestem szalona. może tylko wydaje mi się, że jestem taka, jak każdy inny śmiertelnik. ale czy to nie brzmi śmiesznie? każde słowo wypowiedziane z moich ust brzmi dziwnie, nawet ja słysząc swoje myśli czuję się nieswojo. obco. inaczej. myślę, że najtrudniej pojąć siebie. taki natłok sprzeczności, paradoksalne pojmowanie rzeczywistości. to chyba wszystko, co zgromadziła moja ciężka od mentalnego zmęczenia głowa. miłego… dnia, wieczoru, nocy… mój słuchaczu’.
cztery.
18 wrzesień 2007
wdech. wydech. wdech. wydech. wdech.
monotonia. 6:15 pobudka, prysznic, śniadanie. 7:15 transport do szkoły. 7:40 szkoła. rozmowy o wszystkim z dagą, bo na to nigdy nie ma czasu. 8:00 – lekcje. i tak do 16:30. autobus, dom, ewentualny obiad, lekcje, prysznic, łóżko. 6:15 pobudka, prysznic…
‘droga od monotoni do harmoni wiedzie przez dysharmonię’. rzekł novalis.
trzy.
18 wrzesień 2007
siedzę. gromadzę myśli. rozwijam. one mutują w jakieś idee, które nie trudno zrealizować. nagle pustka. zostałam sama.
spędzam tu czternaście godzin dziennie. zaspokajam tu swoje potrzeby, rozmawiam, śmieję się, uczę. ale w tym powietrzu jest ta bariera, która ogranicza mój byt. mimo, że jestem wdzięczna za opiekę, środki do życia i miłość. wyjadę. tam, gdzie będę wśród tych, którzy czuli to samo.
dwa.
17 wrzesień 2007
słucham tego i słucham i nie potrafię przestać. istnieje w tym głosie jakaś magia?
jeden.
17 wrzesień 2007
początek. nie tylko tu – na wordpress, ale też gdzieś we wnętrzu mojej rozhuśtanej osobowości. dość obce, a zarazem znajome uczucie porzucania za sobą jakichś myśli, obaw, trosk. może to już koniec ciągu niepowodzeń? może.
więc zacznijmy wszystko od nowa, moje drogie serce.
