zastanawia mnie istota życia człowieka. ponoć człowiek żyje dla zbawienia, ale czy ktoś dał nam na to jakikolwiek papierek? no właśnie. zatem opcja numer jeden odpada. może dla kasy? fakt - źle się bez niej żyje, ale czy można ją uznać za priorytet? z resztą - co mu z tej kasy, jak i tak w końcu ktoś stanie nad nim i ogłosi wszem i wobec, że nastąpił zgon. zatem to z pewnością nie dla mnie. to może miłość? to jest cudowna wizja przesłodzonego świata. żyjmy, by być kochanymi! o tak, a później na własne życzenie zamieszkajmy w pokoju z miękkimi ścianami. jak to uczucie cholernie wykańcza człowieka. chodzi jakiś taki jakby nieobecny i co ma z tego? no właśnie. gdy już dobiegnie do mety i pobije rekord w częstotliwości zamartwiania się ‘jak to dalej z nami będzie’ to chwilę posapie i dojdzie do wniosku, że jedyne co na tym zyskał to spalone kalorie. okrutne, choć prawdziwe.

a teraz proszę cię - popatrz mi prosto w oczy i powiedz, że się mylę. że moja wizja miłości to mit, który jesteś w satnie obalić.


matura. matura. i po maturze. naprawdę pozytywne uczucie. ten cały stres. te niepotrzebne nerwy i masa niepewności. to wszystko już za mną. jestem zaskoczona pozytywnie. jak widać lepiej nie wierzyć w wygraną by potrafić ją docenić z całego serca. to jest naprawdę udany dzień. mam nadzieję, że tak już będzie. bez ciśnień i porażek. pisząc to mam na myśli te upadki, po których trudno jest stanąć na nogi, bo te małe nas dopingują. sprawiają, że żyjemy ceniąc pozytywy i żyjemy pewniej. tak przecież jest. mam masę planów. na następną godzinę, dzień i miesiąc. jednak najwięcej oczekuję od dalszej przyszłości. dalszej? mam na myśli etap, który rozpocznie się za równiutkie trzy miesiące. mam zatem jeszcze tyle czasu by myśleć nad tym, co zrobić ze swoim zyciem, by nie żałować ani jednej minuty i nie zmarnować ani jednego oddechu. bo na to nie mam czasu.

dziś trzeba odreagować. przy bezalkoholowym.


niestety. często bywa tak, że niemalże wypruwamy z siebie flaki, żeby okazać komuś, jak bardzo nam na nim zależy. jeszcze częściej jest tak, że nie dostajemy nic w zamian oprócz świadomości, że nie osiągnęliśmy obranego celu. bolesne, choć prawdziwe. na szczęście są ludzie, którzy nie wymagają od nas maksymalnego poświęcenia a mimo to widzą, jak bardzo ich potrzebujemy i jak bardzo jesteśmy potrzebni im. ludzi, o których mowa nie ma teraz przy mnie. niektórzy są daleko. niektórzy nieco bliżej. i mimo, że są przy mnie mentalnie, bo łączą nas więzi duchowe, potrzebuję tego, by mnie przytulili i wyszeptali do ucha słowa ‘kochanie, będzie dobrze. musi być’. tak, bo robią to za każdym razem, gdy upadnę i nie potrafię się podnieść. i wiem, że oni czytając to lub nie - wiedzą, że to o nich mowa i to za nimi właśnie tęsknię.


mówi się, że muzyka której słuchamy określa stan w jakim się obecnie znajdujemy. czuję się zatem feelin’żankowo. mega pozytywne uczucie. dobrzy ludzie. dobra muzyka i swoboda. swoboda oddechu i możliwość powiedzenia tego, co grzęzło w gardle od czasu, którego nie jestem w stanie dokładniej określić. długo. i tyle wystarczy. zastanawiam się też nad sensem. sensem tego, co z góry skazane na porażkę. na tym chyba jednak polega moja skomplikowana natura. wciąż próbuję wiedząc, że cel nie zostanie osiągnięty. będę nieustannie stawać na palcach i wyciągać ręce w górę, choć gwiazdy nigdy nie będą w moim posiadaniu. będę wykrzykiwać to, co czuję wiedząc, że i tak nikt mnie nie słyszy. bo człowiek skonstruowany jest by walczyć. walczyć o siebie, jak nakazują mu instynkty. wracając jednak do ludzi - było naprawdę pozytywnie. dziś też musi być (i to powiedziała wierząc w zwycięstwo polaków nad austriakami).

średnia jakość, ale nie o to tu chodzi.
(feelin’żanka)


mam wykształcenie średnie. zakończyłam szkołę średnią, zatem wczorajszy dzień rozpoczął dwudniowy maraton pożegnalny. najpiękniejszy był poranek. mniej więcej o godzinie czwartej rano, gdy niebo zaczynało nabierać barw innych, niż brunatna. pozytywne zmęczenie. łzy śmiechu. i lekki żal, że od dziś może tego brakować. z dnia na dzień coraz bardziej. choć dotychczas były same ‘ale’. dziewiętnaście godzin z tymi ludźmi - wystarczająco by wspomnieć chociaż te najwspanialsze chwile. w tym wyjątkowo sielskim miejscu i z taką ilością procentów, by otwierały umysł. ani minuty snu. brak zastrzeżeń do czegokolwiek. tak nie było już dawno. a czy kiedykolwiek było? nie było tylu sprzyjających niespodzianek - mam na myśli pojawienie sie osób, których obecności nikt nie smiał się spodziewać. żadnych afer. brak jakichkolwiek trosk o cokolwiek. ale standardowo utonęły w basenie dwa telefony. tym też nikt nie zaprzątał sobie głowy. ważne były te momenty.


słuchaj. mam ze 120 dni wolnego. masę planów i trochę mniej pomysłów, jak to wszystko zrealizować. chcę dokonać rewolucji. zupełnie bezkrwawej i nie wymagającej ofiar. chcę przewrócić wszystko do góry nogami, ale ty już to wiesz. mam ku temu wystarczająco dużo motywacji i samozaparcia. potrzebuję tylko ciebie, bo przecież musisz być przy mnie, żebym poradziła sobie ze wszystkim. ale co do tego nie mam wątpliwości, bo przecież jesteś zawsze. w tej chwili potrzebuję od ciebie tylko pozytywnego myślenia. musisz mi mówić, że będziesz nadal i że będziesz walczyć, żeby być w tym stanie, w jakim znajdujemy się od tych pieprzonych trzynastu lat. niedługo będzie czternaście, wiesz? nie mów mi proszę, że się nie uda. nie powtarzaj wciąż, że pewnie nie będziesz tam, gdzie chcesz być. będziesz. gdziekolwiek byś nie była, będzie to twoje własne miejsce i ja też tam wtedy będę.


powiedział: ‘żyj dla siebie. nie dla innych. chociaż ponoć na tym polega miłość, by dzielić z kimś swoje życie’. chciałabym tak móc. nie zważać na tych, którzy stoją obok. nie obracać się za siebie, gdy mnie wołają. nie wierzyć bezustannie w ich obietnice, które nigdy nie zostaną dotrzymane. nie wycierać im łez, gdy płaczą i nie uzależniać swojego życia od pieprzonych uczuć żywionych do nich. ale nie jestem tym typem człowieka. lubię, gdy stoją obok i trzymają mnie za rękę. nie potrafię patrzeć tylko przed siebie, bo takie życie byłoby nic nie warte. zawsze sprawdzam, czy aby na pewno nadal są tam, gdzie widziałam ich po raz ostatni. nie potrafię uznać ich słów za fałszywe, gdy obiecują spełnienie marzeń i może dzięki nim dążę do osiągnięcia upragnionego celu. zawsze nadstawiam garść, by złapać smutek ściekający powoli po ich policzkach, bo uważam to za wartość. czy jestem przez to złym człowiekiem?

125 dni do rozpoczęcia na nowo.


wdech.
oliwkowe ściany. masa zdjęć budzących uśmiech. wygodne łóżko. na nim jedenaście poduszek. ulatniający się z głośników kojący głos marii peszek. miska marchewki z groszkiem na obiad. niekończące się rozmowy o tym i jeszcze tamtym. spotkania z tymi, którzy są i zawsze będą. leniwie sączące się z latarni światła miasta. znajome twarze obcych ludzi. tost i kawa na początek dnia. pozytyw ukryty we łzach tęsknoty. spacery w centrum nocy. radość z każdego napotkanego człowieka. nieustanne poznawanie każdego zakątka. nieustanne poznawanie siebie.
wydech.

(maria peszek - moje miasto).


wczoraj było dobrze. byli właśnie Ci ludzie, którzy powinni tam być. było to miejsce, które nie mogło być zastąpione żadnym innym i tyle alkoholu, by się czuć. czuć jakkolwiek, ale pozytywnie. obcy człowiek uświadomił mi, jak wielka jest we mnie dychotomia. jestem inteligentna, ale durna. może coś rzeczywiście w tym jest. ale powiedziałam dużo. powiedziałam mu podczas rozmowy to, o co nikt nie pyta. swobodnie wypowiadałam własne opinie, przeplatane alkoholowym bełkotem. to było dobre. dziś też jest dobrze. świeci słońce a w głowie gromadzą się te pożądane myśli. te wspomnienia, które wróciły wczorajszego długiego wieczoru. zupełnie przypadkowo i spontanicznie. tak, jak lubię. lubię też, gdy ktoś się o mnie troszczy. mam poczucie, że jestem dla paru jednostek istotna. mam na nich jakiś wpływ a oni na mnie. na tym polega ta troska. piszę o piętnastu rzeczach naraz. chyba tyle wątków plącze się po mojej głowie. jest sobotnie popołudnie. nie ma planów na dziś. a to żadkość. dziwne uczucie, ale jest to jakaś odmiana wolności. jestem wolna od chorobliwego szacunku dla chwil, bo nie wiem, co zrobię za siedem czy trzynaście minut. popatrzę może na to śłońce, które czyni dzień dobrym.


odhaczam pozycję numer jeden z listy. pozostaje nadal sześć. trzy pisemne i trzy ustne. ostatnie podpunkty przerażają mnie najbardziej, ale nie warto martwić się na zapas, czego dziś miałam dowód. nie było tak tragicznie, jak przeczuwałam, choć nie jestem stuprocentowo pewna, co do powodzenia dzisiejszego przedsięwzięcia, jakim było przelewanie wypocin na arkusz. wszystko się okaże. niestety dopiero za dwa miesiące. spędzę dwa kolejne miesiące na rozkminianiu, z pożartymi przez lęk i obawy wnętrznościami. długo. za długo. ale żeby trochę poprawić atmosferę, jaką tu wprowadziłam - zagadka: jaki numer miejsca wylosowałam na maturze z polskiego? (odpowiedź: trzynaście). jakby nie było wystarczająco groteskowo.

przy okazji rozpisywania się o maturze: dziękuję za miłe słowa otuchy i w ogóle uspokajanie mojej rozbuchanej wyobraźni, doprowadzającej mnie do przedmaturalnej, ostro posuniętej depresji.


trzy pieprzone dni do matury. dotychczas zero stresu. żadnych pesymistycznych myśli. wręcz przeciwnie. boję się, że bonanza dopiero się zacznie. ale teraz panuje zupełny chillout. najbardziej wpłynął na to efekt przedmaturalnego rozprzężenia, czyli tak zwane ‘przecieki’.

przykładowe zadania z geografii:
zad1. jaki wpływ mają deszcze w południowej azji na dorożkarstwo we francji?
zad2. analizując fazy księżyca, oblicz procentowy udział kolumbii w wytwarzaniu kokainy.

przykładowe zadania z matematyki:
zad1. robotnik wykonuje swoją pracę w ciągu 4 dni i 5h. pijany robotnik tę samą pracę w 7 dni i 8h. na budowie pracuje 7 robotników i 1 majster nadzorujący. majster przychodzi trzeźwy na budowę co 3 dni a do sklepu monopolowego jest 13 minut biegiem. oblicz zysk sklepu monopolowego wiedząc, że budowany dom jest dwukondygnacyjny.

czyż nie jest to cudownym patrzeć, jak wyobraźnia przyszłych maturzystów się rozwija? mnie to osobiście cieszy, ponieważ widzę rosnący dystans do całego przedsięwzięcia, jakim jest ‘egzamin dojrzałości’, który w rzeczywistości mało ma wspólnego z dociekaniem, czy dany delikwent przebył drugą drogę dojrzewania, czy też zatrzymał się na pewnym jej etapie. sądzę, że w dobie rozwoju i poszerzania ludzkich horyzontów, choćby poprzez możliwość wyjazdu na stałe z kraju, jest tak wiele możliwości wyboru ścieżki życiowej, że matura przestała być takim priorytetem, jakim była dotychczas. może ma to pejoratywny wpływ na efekt końcowy egzaminu, czyli na wyniki, ale skoro rozprzężenie umysłowe dotyczy wszystkich to z pewnością progi minimalne na wszystkich uczelniach spadną w dół. zatem szansę na dobre studia mają wszyscy jednakową. a wszystko dzięki rosnącej wyobraźni maturzystów. chciałam napisać teraz - ale dość już o maturze… ale o czym tu pisać na trzy dni przed?


obudziłam się. na zegarku była 08:30. mniej więcej. dotychczas o tej porze byłam w szkole. dziś przeciągnęłam się trzy (no może cztery) razy i dopiero wstałam. wyszłam, by poczuć zapach słońca i wróciłam na śniadanie. dostałam wiadomość od chorwackiego znajomego, co wywołało niekontrolowany uśmiech na mojej twarzy. następnie zrobiłam… nic. zupełnie nic nie zrobiłam. usiadłam do komputera i patrzę przez okno, jak słońce odbija się od ponurych, ludzkich twarzy. mój nastrój zdecydowanie różni się od nastrojów ludzi, którzy w pośpiechu zmierzają do pracy, szkoły, bądź kościoła.
wieczorem prawdopodobnie ostatnie spotkanie w naszym składzie. cała llla, która już się kończy. pożegnań nie lubię najbardziej.


dziś oficjalnie zakończyłam edukację w szkole średniej. tzn. nie do końca oficjalnie, bo w czerwcu czeka mnie zakończenie z tak zwaną pompą. ale rewelacji się nie spodziewam, bo skoro nasz rocznik odchodzi to w szkole nie pozostaje nikt równie kreatywny jak my. zatem pewnie będzie lipa. ale niczego więcej i tak się po tej szkole nie spodziewam. wystarczy szopka, jaką odstawili Ci, na których najbardziej polegałam. na myśli mam oczywiście nauczycieli, którzy nie tylko złamali obietnice, ale również wykazali się zupełnym brakiem jakichkolwiek oznak szacunku w stosunku do swoich ‘wychowanków’. odejdę z tej szkoły, po sześcioletniej edukacji bez jakiegokolwiek żalu. a wręcz przeciwnie. łącznie w czasie matur spędzę tam siedem dni i obym nigdy więcej nie miała potrzeby przebywania tam choć przez jedną minutę. chyba, że odwiedzając tych, którzy okazali się ludźmi. czyli tych, którzy wzbudzali we mnie największy lęk. kolejny raz przekonałam się o tym, że lepiej żyć z kimś w konflikcie, by na końcu zobaczyć w tej osobie kogoś naprawdę bliskiego, niż zawierzyć komuś tak mocno, by później zostać zgnojonym.


życie, jako priorytet sam w sobie. kolejna noc spędzona na analizowaniu. doszukiwaniu się sensu i staraniu się pojąć. była to próba odnalezienia odpowiedzi na pytanie, które nie zostało nawet postawione. próbowałam pojąć cokolwiek. te, mogłoby się wydawać bezsensowne myśli, pozwoliły mi na dojście do jednego, choć bardzo znaczącego wniosku. nie odnalazłam swojego celu. jest ich na ową chwilę tak wiele, że zaczynam się gubić. nie wiem, co jest priorytetem. nie potrafię uszeregować ich wedle ich wagi. zakończenie szkoły z jakimkolwiek, ale godziwym wynikiem. zdanie matury tak, bym sama dla siebie czuła się usatysfakcjonowana. wyjazd. rozpoczęcie kolejnego etapu edukacji. twórczość pseudoartystyczna. jakaś stabilizacja. czerpanie z otoczenia tego, co mi sprzyja. nie wyrobię. gubię się. jednak z drugiej strony takiego chaosu mi trzeba. takiej niepewności. człowiek żyjący w warunkach niemalże pedantycznych. mający klaustrofobiczną przestrzeń życiową. jedynie na wyciągnięcie rąk, by się przypadkiem nie zgubić. taki właśnie człowiek pragnie nadmiaru powietrza. tak, by się zachłysnął i poczuł, że doczesność wcale nie była taka zła. aby troszkę za nią zatęsknić i chcieć do niej wracać. postawić krok w przeszłość, by ją zaakceptować i zrobić dwa kroki w przyszłość. z nadzieją, że będzie lepsza.


sto osiem.

19kwi08

co bym zmieniła, gdybym mogła cofnąć się parę lat w przeszłość? pytanie, które zadaję sobie niemalże każdego dnia i na które odpowiedź brzmiąca ‘nic’, utwierdza mnie w przekonaniu, że przeżywam swoje życie, tak jak powinnam. nie żałuję ani jednej nanosekundy. bo nie chcę żałować. nie podjęłam żadnej decyzji, której dziś (patrząc z perspektywy czasu), bym nie podjęła. nie wypowiedziałam nawet słowa, które dziś ugrzęzłoby w moim gardle. z czego to wynika? prawdopodobnie nie z tego, że nie dostrzegam swoich błędów, bo w rzeczywistości są one dla mnie bardzo widocznymi. uważam raczej, że powodem niechęci do zmiany czegokolwiek w tym, co już za mną, jest przekonanie o wielkości nawet najmniejszego czynu, gestu czy słowa. otóż podeprę się przykładem - gdybym nie przeżyła tego, co przysporzyło mi najwięcej bólu, nie potrafiłabym doceniać tego, co wywołało u mnie uczucia zupełnie przeciwne. oraz gdybym nie spotkała ludzi, którzy pozostawili po sobie jedynie negatywne wspomnienia, nigdy nie dowiedziałabym się, jakich ludzi powinnam unikać. nie potrafiłabym również patrzeć na siebie z dystansem, gdyby nikt wcześniej nie skierował w moją stronę słów krytyki. owe przekonanie o słuszności wszelkich wydarzeń, mających miejsce w moim życiu, pozwala mi czuć się szczęśliwym człowiekiem. bo przecież nim jestem.


sto siedem.

17kwi08

zafascynowana nadchodzącym. osiem dni do końca szkoły średniej. czterdzieści jeden dni do ostatniego egzaminu maturalnego. sto sześćdziesiąt sześć dni do rozpoczęcia studiów. czas zapieprza. prawdopodobnie to jedyny moment, kiedy jestem mu za to wdzięczna. przecież ja kocham rewolucje. przemiany. metamorfozy i obawę przed nadejściem nowego. świeżego życia. gdzieś tam - blisko a jednocześnie wystarczająco daleko. tak daleko by zacząć z czystą kartą w papierowej teczce z własnym nazwiskiem. teczkę już kupiłam.


sto sześć.

12kwi08

cholernie niecierpliwy ze mnie człowiek. robię wszystko od razu. często pochopnie i bez zastanowienia. ale w ten sposób chyba wyrażam swój szacunek dla czasu. najbardziej nieubłaganego z nieubłaganych. tego, który karze nam żyć w pośpiechu. kochać w pośpiechu. i jednakowo szybko umierać. tego, który karze nam cieszyć się każdą chwilą i podnosić się, gdy się potkniemy. przy tym nie pozwalając nam żałować żadnego upadku. ale czy czas mi to wynagrodzi? czy pozwoli mi cofnąć wskazówkę, gdy nie będę miała siły by wstać? czy pozwoli wykreślić pochopnie wypowiedziane słowa i zatrzyma się, gdy dźwięk będzie wydobywał się z krtani? i czy ostrzeże mnie, gdy będzie przychodził po raz ostatni? powinnam go nienawidzić za to, że ukrył przede mną tyle dobrych chwil. gonił mnie mimo, że prosiłam o postój. odwracał się, gdy tak bardzo go potrzebowałam. a mimo to szanuję.


sto pięć.

10kwi08

drogi ***,
nigdy. przenigdy nie żałowałam żadnej decyzji. żadnego słowa. żadnego gestu. jednak żal do samej siebie pojawił się. nagle. niespodziewanie i w momencie, gdy jest on najbardziej niepożądanym uczuciem. nie potrafię być bierna. nie potrafię po prostu patrzeć i widzieć, jak przelewasz się przez moje palce. jak antymateria. nieosiągalny. chcę Cię złapać. nie puszczę. jedyne, co mogę obiecać - nie puszczę. choć tak bardzo boję się obietnic.

i tak wiem, że nie usłyszysz wykrzyczanego przeze mnie milczenia.
mimo to pielęgnuję absurd.


sto cztery.

08kwi08

odosobnienie wzmaga wspomnienia. spędziłam dziś dość czasu sama, co przełożyło się na intensywność myślenia o tym i tamtym. przypominałam sobie o krótkich, niemalże urwanych momentach z mojego życia, które pobudziły we mnie emocje. zarówno te dobre, jak i te negatywne. wcale nie szukałam, a mimo to znalazłam w głowie obrazy, których nie chciałam pamiętać. znalazły się tam również treści przyjemne, które wywołały niekontrolowany uśmiech na mojej twarzy i poniekąd również łzy. były to jednak te łzy oczekiwane. chciane. a wręcz pożądane. bo na cóż innego można czekać, gdy nic nie sprawia radości?


sto trzy.

01kwi08

dzień, jakich niewiele. zbyt ubogie są słowa, by opisać dzisiejsze uczucia. emocje. myśli. by opisać choć tego fragment. ba, choć sekundę. radość przychodzi wtedy, gdy najmniej się jej spodziewamy. miał to być dzień, jak każdy inny a stał się tym, co chciałabym przeżywać bez końca. minutę po minucie. dzień po dniu. może kiedyś to, czego pragnę stanie się rzeczywistością. codziennością. byłaby to codzienność ubrana w barwy tęczy.


sto dwa.

29mar08

nie było cię. a gdy już się pojawiałeś odbierałeś nadzieję. nagle uświadamiasz mi, że będziesz spędzał ze mną niemalże każdą chwilę. będziesz tak blisko, że odchodząc na krok nie będę potrafiła żyć bez ciebie obok. staniesz się lekiem na uzależnienie, czy mocniejszym narkotykiem?


sto jeden.

28mar08

a dziś nie napiszę nic. zero przemyśleń. zero konkretów. żadnych zmartwień i brak wyrzutów do siebie i kogokolwiek innego. pieprzę.

miłego wieczoru wszystkim.

(justice - dance).


sto.

24mar08

ponownie zaczytana w ‘tao kubusia puchatka’ b.hoff’a.

‘-przyszliśmy, żeby złożyć ci życzenia bardzo szczęśliwego czwartku. -rzekł puchatek, kiedy już wszedł i wyszedł kilka razy, żeby się upewnić, czy będzie mógł znów wejść.
-dlaczego? a co ma się stać w czwartek? -spytał królik.
i potem puchatek wyjaśnił, o co chodzi, a królik, którego życie składało się z samych ważnych rzeczy, powiedział:
-a ja myślałem, żeście przyszli naprawdę w jakimś celu.
posiedzieli troszkę i wkrótce potem sobie poszli. wiatr dął teraz z tyłu, więc nie musieli już krzyczeć.
-królik jest mądry. -powiedział puchatek w zamyśleniu.
-tak. królik jest mądry. -przyznał prosiaczek.
-i ma rozum. -rzekł puchatek.
-tak. królik ma rozum. -zgodził się prosiaczek.
nastąpiło długie milczenie.
-i myślę -ciągnął dalej puchatek -że on właśnie dlatego nigdy nic nie rozumie’.


świąt ciąg dalszy. deficyt pozytywnej energii. brakuje kogoś do rozmowy. chyba muszę wybrać się na poobiedni spacer.

ciąg dalszy: (tegan and sara - nineteen).


myślami wciąż w gdańsku. ciałem tu. zamiast porządkować swoje życie, przygotowuję się do świąt, które wcale nie są świętami. święta są wtedy, kiedy czuję je w sercu i czekam na nie cały rok, by poczuć atmosferę. teraz czuję zapach barwników do jajek i ryb. fu.

zakochana w ich muzyce.
(tegan and sara - the con).


powrót z gdańska. masa postanowień i planów dotyczących zarówno bliskiej, jaki i dalszej przyszłości. jednocześnie ulga i kojące oderwanie od codzienności. kolejne wolne dni spędzę na porządkowaniu tego, co już dawno powinno być w ładzie. narodziły się nowe perspektywy.


mega pozytywny dzień. pokochałam to miasto z kolejnej perspektywy. dziś o 9:00 rozpoczął się mój bardzo długi weekend. trwać będzie łącznie ponad jedenaście pełnych dni. co daje 279h wolnych od szkoły. codzienności. zmęczenia monotonią.


nie szukałam rozwiązania. przyszło samo. wraz ze słowami cioci róży.

(fragment książki ‘oskar i pani róża’ e.e. schmitt).
‘-jaki jest dziś dzień oskarze?
-co za pytanie! nie widzisz mojego kalendarza? dzisiaj jest dziewiętnasty grudnia.
-w moim kraju, oskarze, jest taka legenda, która mówi, że z ostatnich dwunastu dni roku można odgadnąć pogodę, jaka będzie panowała przez dwanaście miesięcy nachodzącego roku. dziewiętnasty grudnia odpowiada styczniowi, dwudziesty grudnia to luty, i tak dalej, aż do trzydziestego pierwszego, który zapowiada grudzień następnego roku.
-i to jest prawda?
-to jest legenda. legenda o dwunastu proroczych dniach. chciałabym, żebyśmy się w coś takiego pobawili. a zwłaszcza ty. od dzisiaj będziesz bacznie obserwował każdy dzień, mówiąc sobie, że ten dzień to jakby dziesięć lat‘.


niespotykane uczucie. satysfakcja z rzeczywistości. pieprzona marzycielka zeszła na ziemię i wcale nie chce wracać. po raz pierwszy czuje, że chce brać udział w tym, co dzieje się wokół niej. zero myśli o ucieczce. o beznadziei. o niespełnieniu. o niepowodzeniu. z minuty na minutę odczuwa większą radość. radość z tego, że się myliła. czasem warto popełniać tak wielkie błędy.

-w głowie: istvan zimbirowy. kapitan szprotka idzie do protka. projekty.
-w sercu: ulga. on.


coś się przełamało. jakaś bariera przestała istnieć. powietrze przestało być ciężkim a radość w sercu urosła do niespotykanych wcześniej rozmiarów. niby nicość a tak przepełniona szczęściem. piękny dzień dopełnia atmosferę. słońce biegające chaotycznie po pokoju. epidemia uśmiechu.


pozytyw w nawiasie pisany. około godziny 15 z minutami. obca ja. obcy on.


dziewięćdziesiąt jeden oddechów. dziewięćdziesiąt jeden marzeń. tęsknota za tym, co jeszcze nie nastało. chęć. pragnienie. potrzeba. spełni się, bo przecież nadal chcę wykonywać te dziewięćdziesiąt jeden oddechów.

terapia zakończona ze skutkiem pozytywnym.


będzie czerwone półsłodkie i drinki na żołądkowej. filmy i długa noc. rozmowy o tym i jeszcze o tamtym i ulga, bo przecież tęskniłam. będzie przede wszystkim to, czego brakuje zawsze najbardziej. czas. cholernie mi tego trzeba. rano miłość do mineralnej niegazowanej.

amy winehouse - rehab.


pokochałam gdańsk i amy winehouse. tour bystrzyca-opole-warszawa-gdańsk się zakończył. niestety. chciałabym zostać dłużej. wszystko, co dobre szybko się… no właśnie.
w mojej głowie amy winehouse - wake up alone.

ps. mam imieniny.


powrót z bystrzycy. jutro warszawa. wtorek - gdańsk. nic więcej. zwie się to dezercją.


pieprzona marzycielka okazała się tchórzem. tak po prostu pakuje się i wyjeżdża. data 14 luty ją przeraża. tam gdzie będzie, czas się nie zmienia. tam nie będzie kogoś. siedzi teraz w gąszczu niemożliwie rozgałęzionych myśli, czekając na zbawienie. na ulgę. na niepamięć.
słucha placebo. czuje się jak bohaterka tych opowieści. zafascynowana nostalgią.


nie będę pisać o tym, co przez ostatnie trzy dni pochłania mnie bez reszty, bo to nie pomoże w ucieczce od dręczących myśli. żadnych planów na dziś. w czwartek może bystrzyca? to miejsce zabiłoby wszystkie negatywne emocje. może snowboard? to jest chyba najlepsze wyjście.


opuściliśmy ten sen, by upijać się toksyczną rzeczywistością. czas nauczyć się wypowiadać swoje myśli, nim przekroczymy pewien próg. nie żałuję. niczego. ani tygodnia. ani dnia. ani godziny. nawet żadnej małej pieprzonej sekundy. za nie wszystkie dziękuję. za te dobre i te gorsze.

appreciate your experiences, because they can be your last.


świadomość wewnętrznego dobra. wczoraj przy okazji rozmowy z moją nową kuzynką (dość skomplikowane) zastanawiałam się nad tym, do jakiej kategorii jestem przynależna. ‘tych złych’ czy ‘tych dobrych’. skoro ludzie wzajemnie się szufladkują to dlaczego nie ułatwić im sprawy i zaszufladkować się na własną rękę? zatem szukałam w swojej osobie wyrazistych cech, które pomogą mi w odnalezieniu poprawnej kategorii. rozmawiałyśmy o tym z g. i doszłyśmy do wniosku, że najpierw staram się pomóc innym, później sobie. w momencie, kiedy te słowa zostały wypowiedziane, zupełnie nieświadomie przesunęłam się, żeby kobieta obok mnie miała miejsce. to był ułamek sekundy, kiedy bez większego zamiaru udowodniłam sobie, że jestem z ‘tych dobrych’. g. podsumowała ten moment słowami ‘to mógłby być kadr z filmu. genialne’. byłby to cholernie pokręcony film. z pieprzoną marzycielką w roli głównej.


po studniówce numer dwa. co za noc. dziękuję.


gods of fashion hate me. rzeczywiście jestem poważnie uzależniona od mody. kocham się w ten sposób wyrażać. jutro zakupy z m. bardzo mnie to cieszy. później wystawa z moim ukochanym i wieczorem druga z kolei studniówka. oj będzie się działo.

myślę o skutkach wyprzedzających przyczynę. milionie w pudełku po butach i proroku.


ludzie, którzy sprawiają, że świat staje się czymś pięknym. nieograniczającym mojej wolności. szerokim i niepoznawalnym zarazem. czynią moje życie utopią, jaka nie śni się realistom wpatrzonym w wizję rzeczywistości potwierdzonej dowodami. nazwanej od a do z. wręcz trywialnie pozbawionej niedomówień i tajemnic. to Ci ludzie pozwalają mi być tym, kim jestem. pozwalają mi marzyć i przenosić się w wymiar pozarzeczywisty. to oni dostarczają mi tlenu bym mogła kontynuować te życiodajne wdechy i wydechy. to oni podają mi codzienną dawkę uśmiechu i pozytywnej zadumy nad tym, co w życiu ważne.

d z i ę k u j ę.


osiemdziesiąt.

25sty08

urodziny mojego lubego. wszystkiego najlepszego…

narkoleptyczka. stąpa mocno po ziemi. myśli racjonalnie. zajmuje się sprawami przyziemnymi. w jednej chwili zupełnie odstępując od rzeczywistości znajduje się w swoim własnym malutkim świecie pełnym niespotykanych zjawisk. myśli. emocji. słów. to ona, która tak bardzo nie chce czuć więzi ze światem. to ona, która niezrozumiale wciąż dąży do niemożliwego.

to
ona.
piep
rzo
na
ma
rzy
ciel
ka.

(*narkolepsja - zespół chorobowy objawiający się niepohamowanymi, napadowymi stanami senności, trwającymi zwykle około 10 - 20 min, najczęściej spowodowany silnymi emocjami).


magia. powtarzająca się melodia w mojej głowie. wręcz wypisane przed moimi oczami słowa. ta jedna linijka. parę słów. tak duże znaczenie i taki sentyment. chaotycznie przemieszczające się w mojej głowie myśli. o tym. o tamtym. o nim. o nas. o poranku. o nieprawdopodobnym momencie dzisiejszego dnia. o uczuciu. o kolejnych paru sekundach mojego życia. o naszych sekundach. magia.


recepta na udany dzień: zaspać na trzy pierwsze lekcje. zjeść dobre śniadanie. spotkać się z kimś ważnym. nie śpieszyć się na autobus. wejść do szkoły. przesiedzieć w szkole sześć godzin, myśląc o przyjemnych rzeczach. wrócić do domu. spędzić wieczór w miłym towarzystwie. położyć się spać w dobrym nastroju mimo zmęczenia.

postaram się postępować dziś zgodnie z receptą. trzy pierwsze punkty już zrealizowałam…


tak. dokładnie tak brzmi moje nazwisko i tak - idę z oskarem na studniówkę. czy komuś coś jeszcze nie pasuje?

grrr… co za dzień.


po studniówce. ciężki poranek. świetna zabawa. złożyło się na to kilka czynników - świetni ludzie (tylko jednej jednostki zabrakło). znośna muzyka. idealna ilość alkoholu oraz wizyta srextera. takie to było słodkie…

o 5:06 popatrzyłam na zegarek. wchodziłam wtedy do domu. nie wiem o której się położyłam. nie wiem kiedy zasnęłam. obudziłam się, gdy wybiła 13:20. niewyspanie. ból głowy. miłość do butelki mineralnej niegazowanej.

ps. ręka mnie boli. bieganie po śliskiej posadzce bez butów nie popłaca (siniak na ręce. aua).


co do związku pt. ‘srexter & srawurka‘ wszystko jest w jak najlepszej kondycji. tylko czasu zdecydowanie za mało. jak zawsze. nie ma za bardzo na co narzekać. nudy…
zadzwonił. nie wiem z jakiego pieprzonego powodu. po prostu zadzwonił. sytuacja dość niezręczna. przejdzie. minie. przecież kiedyś zapomni…
ogólna nostalgia. nie wiem, co ze sobą zrobić. srexter we wrocławiu. wszystkich wywiało. ja siedzę i niszczę negatywne uczucia, oglądając pokaz możliwości wokalnych muszki. szczerze wzruszające. takich chwil będzie brakowało najbardziej.

:*


1.pobudka (09:00).
2.spotkanie (09:20).
3.sesja (11:00).
4.śniadanie (14:30).
5.kino (16:00).

zaspałam. jak nigdy. w nocy chyba jednak trzeba spać. 10 minut po tym, jak zwlekłam się z łóżka przyszedł on. miły poranek. nie ukrywam. następnie cudowna sesja z muszką. dość stresująca, ale wiem, że efekty będą świetne. zawsze są. zapomniałam o śniadaniu. o 14:20 zorientowałam się, że jestem na czczo. są ważniejsze rzeczy, niż jedzenie. niedługo kino z nim.

czekają mnie dwie studniówki. nie sądziłam. miło się czasem pomylić.


zniknęły już te słowa. 4 pieprzone, tak bardzo ważne dla mnie słowa. jak wiele jeszcze stracę? może rzeczywiście ‘nasze’ wyobrażenia o tym, co jest i co może być były zbyt mało realne, ale czy to właśnie nie było w tym piękne? ta ucieczka od rzeczywistości i codziennej szarości. marzenia. oczekiwanie. niepewność.

wracam na ziemie, choć tak bardzo tego nie chcę. może już po raz ostatni z taką niepewnością czekam na wiadomość od Ciebie.


mentalna samodestrukcja. i wszystko zaczyna się na nowo.

rozkminiam.


zaskoczona. wprawdzie pozytywnie, ale mimo wszystko zaskoczona.

(foo fighters - still).


zmęczona. zupełny brak siły do przedsięwzięcia czegokolwiek. potrzebuję odpoczynku. przede wszystkim psychicznego. wyciszenia mi trzeba. jednego dnia nicnierobienia. najchętniej przez ten jeden dzień spakowałabym to, co najważniejsze i wyjechała tam, gdzie tylko parę osób będzie mogło mnie znaleźć. pewnie byłaby to podróż w jedną stronę.

nikt by nie żałował.


nie lubię poniedziałków. zbyt gorącej kawy. dżemu brzoskwiniowego. pająków. deszczu, gdy jest zimno. przeciętności. boje się samotności. tak, chyba tego jednego. uwielbiam długie rozmowy, zarówno te o wszystkim, jak i te o niczym. martini bianco. drinki z ogórkiem i zdjęcia muchy. lubię patrzeć na miasto wieczorem, gdy ulice oświetlają tylko latarnie i światła samochodów, pędzących gdzieś bez celu. nie mogłabym żyć bez marzeń. to one motywują mnie do wstania z łóżka i dążenia do celu, jakim jest ich spełnianie. codziennie robię coś, co sprawia mi radość. na ogół jestem optymistką. staram się widzieć w ludziach najpierw coś, co mi imponuje. dopiero później cechy, które uznaję za wady. często płaczę. jeszcze więcej się śmieję. cenię w ludziach pasję. lubię też u ludzi kreatywność, poczucie humoru i często oceniam ich z wyglądu. radość sprawiają mi najmniejsze detale. często widzę w sobie małe dziecko, które zbyt przywiązuje się do ludzi. czasem jest to uciążliwe, bo ciężko znoszę rozstania. lubię siedzieć o zachodzie w porcie w chorwackiej podgorze i obserwować ludzi. przypisuję do nich różne historie i wyobrażam sobie, jak ich życie potoczy się dalej. mam słabość do czekoladowych muffinek i ludzi, którymi się otaczam.


brak wiary w urzeczywistnienie najskrytszych pragnień. ta rzeczywistość mi nie sprzyja. wracam do swojego wyimaginowanego świata, gdzie wszystko wydaje się mieć więcej barw. nie tylko odcienie szarości. czasem jednak trzeba odstąpić od piękna, by uświadomić sobie jego prawdziwą wartość. największą z możliwych. bo wartość jest tam, gdzie żyją ludzie o wartości nieprzeciętnie dużej. wracam do Was moje drogie marzenia.

podziękowania dla tych, którzy nie odbierają mi cząstki mnie, jaką jest chęć dążenia tą właśnie drogą do tego właśnie celu.


dziś kończy się 2007 rok. minione 365 dni zaliczam do pozytywnych. dużo działo się przez ten rok. rozstania. powroty. łzy i masa uśmiechu. coroczna dychotomia.

dziś powtórka z babskiego wieczoru tyle, że w okrojonym składzie. jednym słowem fukłaki:)
noc zapowiada się na długą, ale i pozytywną. będzie to sylwester, jakiego jeszcze nie było. święta trójca?

by nie zapomnieć o tym, co teraz pochłania mnie najbardziej. dużo ciepłych uścisków i masa całusów dla j. który mnie potrzebuje a mnie nie ma przy nim. kochanie to tylko 2000 km.


udowodniłam sobie, że jednak mimo starań nie jestem dobrym człowiekiem. ale czym tak naprawdę jest dobro?

dobro - pojęcie abstrakcyjne będące przeciwieństwem zła. jest elementarnym pojęciem moralnym, określającym pozytywną wartość wszelkich czynów i zachowań.

ale czy rzeczywiście jest przeciwieństwem zła? tak naprawdę dla jednych dobro, czynione przez daną jednostkę, może być odbierane negatywnie przez innego człowieka. zatem w jaki sposób dążyć do bycia dobrym? tu chyba pojawia się element egoizmu, kierujący każdym z nas. otóż czynimy to, co jest dobrem według nas a nie to, co jest dobrem ogółu, bo takie pojęcie nie istnieje.


na szczęście już po świętach. były one najgorszymi z dotychczasowych.

teraz odczuwam ulgę. nie myślę o ostatnich wydarzeniach. o bólu i lęku, jaki odczuwałam. wszystko zostało zatopione dzięki j. co za człowiek.

to coś jakby zalążki wiary w przeznaczenie. utopijna wizja spełnienia.

:*


ogólnie megapozytyw. panuje nade mną magiczna aura, odciągająca mnie od rzeczywistości. wcale nie chce zawracać. chcę w to brnąć. błądzić. gubić się i odnajdywać na nowo drogę, ale już nie sama. będziesz mnie prowadził troskliwie za rękę. tak, jak troskliwe są Twoje słowa. sen na dziś. zaraz zamknę oczy i się stanie.


historia lubi się powtarzać. ona - niepoprawna romantyczka mająca więcej szczęścia, niż rozumu, bo nim tak naprawdę rzadko kiedy się kieruje. jej życiem rządzi przypadek lub intuicja. nigdy nie stara się szukać szczęścia na siłę. za to każdy detal wywołuje u niej niespotykane emocje. nigdy nie jest obojętna. skrajne uczucia doprowadzają ją do łez. bez względu na to, czy to łzy szczęścia, czy smutku. zawsze płacze. to jej własny sposób na wyrzucenie z siebie całego napięcia. kolejny raz postępuje w ten sam, jednakowo nieracjonalny sposób. dla tych, którzy odbierają jej cechy pozytywnie - to kolejny raz, kiedy pokazuje swoją indywidualność i brak poglądów charakterystycznych dla szarej masy. dla tych, którzy uznają ją za szaloną, zaistniała sytuacja jest potwierdzeniem ich tezy. ona na to nie zważa. brnie dalej, coraz bardziej oddalając się od rzeczywistości.

ja ją chyba polubiłam. taką jaka jest. z jej wadami i wiarą w niemożliwe. przecież ona jest we mnie zawsze i wszędzie.

teraz z dedykacją: rani ją jednak fakt, że obok niej w momencie, gdy odczuwa emocjonalną ekstazę, jest ktoś na kogo szczęściu bardzo jej zależy, choć nie może tej osoby uszczęśliwić.


wczoraj zostałam uświadomiona, że zbyt dużo myślę. analizuję każdą minutę. każdy najmniejszy gest i słowo. nawet nie zastanawiałam się nad tego sensem. przeżywam każdy oddech podwójnie, tracąc przy tym tak cenne chwile. koniec.

spontaniczność. od zaraz.


patrzę na ciebie, jakby po raz pierwszy. słucham cię tak, jakbym wcześniej nie słyszała. mówię do ciebie, jakbym wcześniej nie skierowała do ciebie żadnego słowa. czuję, jakbyś był bliskim mi obcym. znajomym, a jednak kimś zupełnie nowym. kimś, kogo chcę poznawać. na nowo. każdego dnia.

zupełnie obce uczucie. pozytywnie nieznajome. piękne.


‘when you try your best but you don’t succeed.
when you get what you want, but not what you need.
when you feel so tired, but you can’t sleep.
stuck in reverse.
and the tears come streaming down your face.
when you lose something you can’t replace.
when you love someone but it goes to waste.
could it be worse?

lights will guide you home.
and ignite your bones.
and I will try to fix you.

high above or down below.
when you’re too in love to let it go.
if you’ll never try, you’ll never know.
just what you want.

lights will guide you home.
and ignite your bones.
and I will try to fix you’.

(coldplay - fix you).

sama prawda. od jakiegoś czasu, z nasileniem wczorajszego wieczoru zastanawiam się nad podjęciem próby. nie mając nic do stracenia. nie wiem tylko, czy jestem wystarczająco silna. czy mam wystarczająco dużo siły i samozaparcia, by dokonać czegoś wręcz niemożliwego.


był sobie człowiek. z pozoru wyglądający, jak każdy inny. jego zachowanie również nie wykraczało poza przyjęte kanony. posiadał również najbardziej człowieczą rzecz - wady. za największą z nich uważał swoją ogromną wrażliwość, przez którą każde słowo mogło wywołać u niego łzy. żył tak sobie z wieczna łzą szczęścia lub smutku na policzku. nie starał się zmienić w swojej egzystencji niczego. pewnego dnia budząc się rano pomyślał, że jest głupcem, przeżywając każdą chwilę stukrotnie bardziej, niż przeciętni śmiertelnicy. starał się odbierać chwile mniej emocjonalnie. chciał być bardziej odporny na słowa, czy gesty otaczających go ludzi. z czasem stał się jednak wyrachowany. nie odbierał ludzi z perspektywy, z jakiej robił to wcześniej. nie potrafił  już widzieć pozytywu w ludziach. nie cieszył się, z zawsze sprawiających mu radość drobiazgów.

nie wszyscy się zmienią. niektórzy na to nie pozwolą.


melancholia tego miasta. objawia się to przede wszystkim przez widok szarych, jednostajnych ludzi. wszyscy wyglądają, jak dzieci w mundurkach szkolnych. każdy podobny do każdego. nostalgiczny brak wyrażania siebie. brak barwy. jedynie kontur. również ledwo widoczny. dookoła grupy bezimiennych panuje jedynie szept. czasem kocham. czasem nienawidzę.

wyjadę.


nie pojmuję siebie. mam niemalże wszystko, czego mogę zapragnąć i z pewnością wszystko, czego mi potrzeba. mimo to, czegoś mi brakuje. czuję jakąś barierę. właśnie tu, gdzie odczuwam dostatek. chcę, by był rok później. by wszystko uległo zmianom, choć wiem, że nie wszystkie będą pozytywne. mam świadomość, że musi to w końcu nastać i chciałabym doświadczyć tego właśnie teraz. z dnia na dzień. z chwili na chwilę. zamknęłabym oczy i podczas jednego mrugnięcia znalazłabym się tam, gdzie wszystko rozpocznie się na nowo.


tego z bajki mi brakuje. tylko tego jednego.

chyba znam siebie zbyt dobrze.


fukłaki - wielki powrót. wreszcie nastało to, na co chyba nie tylko ja czekałam. bez słów nastał ład i harmonia, jaka miała miejsce wcześniej.

cudowna noc. pomijając pewną sytuację. to się nie liczy. czasem trzeba zapomnieć, że jest się w świecie rzeczywistym i choć na parę chwil przenieść się poza niego. ja wczoraj byłam w innej rzeczywistości. tej przepełnionej pozytywnymi emocjami. bezproblemowej i w której czas nie ma najmniejszego znaczenia. najpiękniejsza była satysfakcja ze sprawienia komuś radości. wywołania uśmiechu. a nawet łez szczęścia, choć jak to zwykle bywa, łzy szczęścia popłynęły po moim policzku. chyba wszyscy się już przyzwyczaili. z pewnością fukłaki.

z dedykacją dla madziab’a. (coldplay - yellow).


dziś impreza w rampie. guzik nam się postarzał. sto lat, sto lat!

wczoraj wielki powrót rodziców z egiptu. masa pięknych prezentów i co ważniejsze zadowolenia w ich oczach. to chyba liczy się najbardziej. i to jedno słowo ‘tęskniłam’ zmieniło wszelkie obawy i niepewność w radość i wzruszenie. czasem nawet krótkie rozstania przynoszą więcej pozytywu, niż mogliśmy dostać od drugiej osoby, będąc obok niej, niemalże zawsze. wtedy uśmiech i każde jedno słowo przybiera stokrotnie na wadze. nie spodziewałam się aż tak pozytywnych emocji. miłe zaskoczenie.


spokój. zupełna cisza. wbrew pozorom pozytywna. zazwyczaj sprawia, że czuję nostalgię odbierającą mi siłę. teraz to coś innego. teraz to cisza pełna ukojenia i harmonii. cała ta układanka zaczęła nabierać właściwych i sensownych kształtów. to, co powszechnie nazywa się ‘życiem’ przypomina pewnego rodzaju puzzle. najbardziej lubisz je, gdy jesteś dzieckiem. nie zastanawiasz się nad ich sensem. po prostu układasz. z czasem, gdy rozumiesz coraz więcej potrzebujesz czegoś nowego, by nie popaść w melancholię.


wena. długo nie była tak nasilona i skumulowała się we mnie chęć tworzenia. efekty tego na deviantart.

teraz nasycona pozytywnymi uczuciami wsłuchuję się w ciszę. liczę oddechy i cieszę się ich mnogością. lista zmartwień z chwili na chwilę maleje a moje pragnienie dążenia do celu rośnie. mam w sobie dostatek pozytywnej siły, jakiego dawno nie zaznałam. pękła otaczająca mnie warstwa emocjonalnych ograniczeń. nie poddaję się. dążę…


dwie noce picia pod rząd. ale nie to się liczy. ważne to z kim spędziłam ten czas. z ludźmi, z którymi nie rozmawia się metaforą a wprost. o ważnych i tych mniej ważnych sprawach. do tego tekst, który stał się podsumowaniem całej imprezy: ‘dolej sobie wódy, bo pijemy za bermudy‘…

teraz upajam się ostatnim dniem weekendu. przemeblowanie w pokoju. jestem bardzo zadowolona. chyba wpadnie dziś muszka. kolejny etap rozważań o egzystencji i komentarze do wczorajszych wydarzeń. jest o czym opowiadać.


zapowiada się długa i pozytywna noc. typowy babski wieczór. same kobitki. muzyka. filmy. drinki. rozmowy począwszy od wszystkiego, aż po nicość. tyle, że żadna z nas nie wychodzi za mąż. i bardzo dobrze… przypomina mi się tekst Marysi P.: pseudofacetów i superkobitek’… no ba.

sprawy mniej przyziemne. zaczęłam postrzegać ludzi będących obok mnie niemalże od zawsze, z innej perspektywy. sądzę, że przyzwyczajenie i rutyna nie pozwala nam poznać drugiej osoby. w końcu jakieś cechy ludzkie ulegają zmianom a my ich zwyczajnie nie dostrzegamy. trzeba zatem wykonać obrót o 180 stopni i poznawać się każdego dnia na nowo.


słowa ranią. bardziej, niż czyny. nie pozwalają nam przymknąć oczu na to, czego nie chcemy zobaczyć. ja nie patrzyłam. dostrzegłam. rzeczywistość i to, kim naprawdę jestem dla osób, dla których powinnam być kimś więcej, niż tylko człowiekiem spotkanym przypadkowo na zatłoczonej ulicy miasta. pieprzona naiwność. może wiara w nieistniejące? chęć dostrzeżenia tego, czego w rzeczywistym świecie nie ma? istnieje tylko w moim.

małym. nic nieznaczącym. chorobliwie wrażliwym. pieprzonym świecie.

boli.


zaraz biegnę na koncert. chyba tego mi właśnie trzeba. zupełne odcięcie się od otaczającej mnie monotonii i pojawienie się w świec