dwieście trzydzieści jeden.

teraz oddycham spokojniej, gdy mówisz, że jestem szalona.

dwieście trzydzieści.

bez rozsznurowanych butów. troche obce uczucie. szczęścia milion.

dwieście dwadzieścia dziewięć.

i kiedy było już tak blisko. kiedy już prawie złapałam Cię za rękę. czyjeś obawy, czyjś lęk zabił we mnie pewność. pewność, że wszystko może się udać. będę trwać w milczeniu, zabijając w sobie swój ból, że nie ma Cię przy mnie.

dwieście dwadzieścia osiem.

10.08.2011 / 19:32

wieź mnie nocami tą samą krętą drogą. będę mocno tulić Twoje plecy, bo czując się bezpiecznie, ogarnia mnie lęk. dolewaj mi wody do wina i karm mnie sobą na śniadanie. tul mnie w ogrodzie przy kamiennej ścianie. będę siedzieć na beczce wina i czekać, aż znów na mnie popatrzysz, tak jak wtedy. trzymaj mnie za rękę a ja będę trzymać Cię za słowo, że tak już będzie. daj mi to poczucie bezpieczeństwa zamknięte w czterech kamiennych ścianach na wzgórzu, gdzie kończy się wszystko a zaczynamy się my. szukaj ze mną szczęścia w dżunglach i ostrzegaj przed wężami. stój za mną, gdy oglądam panoramę nad przepaścią i asekuruj mnie, gdy myślę za dużo. mów do mnie po chorwacku i śpiewaj patrząc mi prosto w oczy i prosto w oczy nie obiecuj mi wierności a szczerość. i mów mi, że mam piękne zielone oczy, mimo że są niebieskie. i śmiej się ze mnie i nigdy nie przestawaj. uśmiechaj się, gdy patrzę na nasz wymarzony dom i mówię Ci, że nas tam widzę. a ja będę upijać się Twoim uśmiechem.

a teraz już tylko przez chmury wiem, jak szybko płynie czas.

dwieście dwadzieścia siedem.

lost’n'confused. nic dodać. nic ująć.

dwieście dwadzieścia sześć.

i chcę byś z kamienną twarzą mówiła mi, że się śmiejesz.

dwieście dwadzieścia pięć.

cisza nie wynika z braku sytuacji a raczej z nieumiejętności odnalezienia się w tych nowych sytuacjach. wkrótce.

dwieście dwadzieścia cztery.

nie było postanowień noworocznych. nie wiem, czy to oznaka szczęścia, czy po prostu się poddałam. a w Tobie najbardziej wkurwia mnie Twoja nieobecność. skończ z tym.

dwieście dwadzieścia trzy.

zatrzymałam się. jestem w jakimś martwym punkcie swojego życia. zastałam się i przymarzłam do podłogi przy minus piętnastu nad ranem. zapadam się w zaspach i mrużę oczy, by widzieć wyraźniej. nie odpalam już papierosa na ‘dzień dobry’ i na ‘dobranoc’. nie mówię do nikogo ‘dzień dobry’ i nie mówię do nikogo ‘dobranoc’. nie ubieram się ciepło dla nikogo, ale jedynie by zrobić zimie na złość. nie lepię bałwana i nie byłam na sankach, chociaż wypiłam grzańca z rumem na rynku. nie wiem, czy zarwać noc śmiechem i beztroską, czy przespać ją jakpanbógprzykazał i jakpanbógprzykazał wstać nad ranem, zjeść kanapkę, wypić herbatę, pójść do pracy i na uczelnię. lubię spać. lubię się śmiać. najlepiej śmiać się przez sen, bo przecież się zdarzało.

dwieście dwadzieścia dwa.

‘you may not be her first, her last, or her only. she loved before she may love again. but if she loves you now, what else matters? she’s not perfect – you aren’t either, and the two of you may never be perfect together but if she can make you laugh, cause you to think twice, and admit to being human and making mistakes, hold onto her and give her the most you can. she may not be thinking about you every second of the day, but she will give you a part of her that she knows you can break – her heart. so don’t hurt her, don’t change her, don’t analyze and don’t expect more than she can give. smile when she makes you happy, let her know when she makes you mad, and miss her when she’s not there’.

(bob marley)

dwieście dwadzieścia jeden.

kolejne warstwy skorupy obaw i lęków zaczynają pękać. powoli wykluwa się pewność.

dwieście dwadzieścia.

na dachach miasta obserwujemy gwiazdy. widzę światła odbijające się w Twoich oczach i nie rozumiem niczego, bo nie chcę. mimo masy lęków czuję się bezpiecznie. swobodnie. spokojnie. na tyle, by odetchnąć i ze spokojem opuścić powieki.

dwieście dziewiętnaście.

radujcie się, jak i ja się raduję.

dwieście osiemnaście.

i wciąż żyć wbrew i naprzeciw i wciąż pod prąd i bez wyjaśnienia i jak głupiec wierzyć w bajki i kupować zabawki na chorwackich straganach i powracać do niepewności i kupować goździki za złoty pięćdziesiąt i palić za sobą kilka kładek idąc gdzieś, nie wiadomo gdzie i śmiać się z niczego, ale się z tego nie tłumaczyć i codziennie rzucać papierosy i rodzić się każdego dnia w innej baśni i prosić każdego dnia, byście byli nadal tu, gdzie jesteście i rozmawiać ze słońcem i płakać do gwiazd i.

dwieście siedemnaście.

i gdy wystarczyło wyciągnąć rękę, zdecydowałeś, że schowasz ją z powrotem do kieszeni. wyciągnąłeś stamtąd papierosa. zaciągnąłeś się i postanowiłeś pójść dalej, choć w rzeczywistości się cofałeś, wybierając łatwiejszą drogę. nazajutrz o świcie, otwierając oczy naszła cię myśl, że jesteś głupcem, ale mimo wszystko z uśmiechem na twarzy skonsumowałeś tosta z podwójnym serem i kubek zielonej herbaty. prawdopodobnie przez następne kilka lat twoje śniadania wyglądać będą tak samo, bo wciąż będziesz budzić się jako ‘głupiec’. mimo tego, nie zmienisz swojej decyzji, bo wolisz brnąć w to, co sam wybrałeś.

dwieście szesnaście.

spadające w porcie gwiazdy. stopy kroczące po rozgrzanych kamieniach. uśmiechy tysiąca dwustu obcych ludzi. zachwyt jubilera nad moimi oczami. spojrzenia zazdrosnych kobiet i żal niespełnionych mężczyzn. pot ściekający po plecach cienkim strumieniem. niezliczone litry wody i espresso za 7 kuna. fale pochłaniające moje rozgrzane ciało. sukienki powiewające na wietrze. dzieci tańczące na deptaku, gdzieś pomiędzy nocą a muzyką.

od powrotu do siebie minęły już prawie dwa tygodnie. tyle potrzebowałam by się na nowo zaaklimatyzować, przetrawić wspomnienia i napisać.

dwieście piętnaście.

żyć mocno, jak philippe petit.

‘man on wire’ reż. james marsh.

dwieście czternaście.

i gdy spacerowałeś tak nocami nieustannie zadawałeś sobie pytanie ‘dlaczego ona nie potrafi patrzeć?’. przecież uczucia żywione do niej miałeś zawsze niemalże wypisane na twarzy. gdyby choć raz zechciała popatrzeć ci w oczy, zobaczyłaby wszystko. wszystko to, co tak nieumiejętnie próbujesz zatrzymać w sobie.

dwieście trzynaście.

kiedy znalazłeś już prawie wszystko, czego tak długo szukałeś, postanowiłeś poszukać czegoś jeszcze. zawahałeś się chwilę, ale po krótkim namyśle uznałeś, że szczęście nie jest na miejscu i pognałeś w poszukiwaniu nowych problemów.

dwieście dwanaście.

‘i opowiadać ci o sobie najgorsze rzeczy i dawać ci to co we mnie najlepsze i odpowiadać na twoje pytania chociaż wolałbym tego nie robić i mówić ci prawdę kiedy wcale tego nie chcę i zachowywać się uczciwie dlatego że wiem że sobie tego życzysz i gdy myślę że wszystko skończone czepiać się ciebie przez króciutkie dziesięć minut zanim na dobre wyrzucisz mnie ze swojego życia i zapomnieć kim jestem i kochać się z tobą o trzeciej nad ranem i jakimś cudem jakimś cudem jakimś cudem opowiedzieć ci chociaż trochę o
nieprzepartej dozgonnej przemożnej bezwarunkowej wszechogarniającej rozpierającej serce wzbogacającej umysł ciągłej wiecznotrwałej miłości jaką do ciebie czuję’

(sarah kane, fragment dramatu łaknąć)

jak sarah pragnąłeś takiej miłości, którą tylko nieliczni potrafią ubrać w słowa. chciałeś być ich adresatem. chciałeś być kimś, kto jest takich słów wart. spacerowałeś sobotnimi wieczorami, chcąc jedynie bez obaw, nie zatrzymując się zamknąć oczy. podnosiłeś głowę ku niebu, obserwowałeś gwiazdę, która zawsze wyznaczała ci wieczorne trasy, później już patrząc na własne stopy, liczyłeś kroki. nie patrzyłeś na ludzi a mimo to jedną postać widziałeś bardzo wyraźnie. na myśl o niej kąciki twoich ust delikatnie zaczęły drżeć. chciałeś krzyczeć, ale obawiałeś się, że ujawnisz żywione do niej uczucia.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.